Archiwa

Maj słoneczny, maj bogaty

Kasowałem dzisiaj w pociągu zdjęcia. Z czynności tej narodził się pomysł wpisu na bloga. Będzie to wpis szczery, mocny, w którym obnażam się nie tylko dosłownie, ale i w przenośni, przyznaję jak nigdy to wad i słabości. Wpis, nad którym zapłaczesz; wpis, przy którym oszalejesz. Z zaskakującymi zwrotami akcji, dławiącym szczęściem i murem, którego nie przebijesz głową.

Taki był. Maj słoneczny, maj bogaty. Uwaga…

Kłamstwo. Zaczęło się od kłamstwa. Kłamstwo, że chcę tylko seksu, kłamstwo, że to konieczne. Pod koniec kwietnia słałem nagie zdjęcia, uwierzyłem, że można wątłe me ciało wygiąć w coś na kszałt muskulatury.

Taki ośmielony, naopowiadany, że jestem przystojny i świetny, zacząłem słać polskiemu Markowi piosenki, tak ja ta poniżej ze spontanicznym tesktem:

Czasami mówisz, że do ciebie nie dzwonię.
Czasami mówisz, że nie myślę o tobie.
Ale to nieprawda – ja myślę o tobie
I dzwonię do ciebie ciągle w mojej głowie.
Ale cóż kiedy ty nie odbierasz bo
Jesteś
Trochę
Trochę
Trochę niedostępny.

Piosenki imieninowe, piosenki zachęcające, piosenki wspierające. Dla biednego polskiego Marka, który miał problemy ze zdrowiem i w pracy.

Pisał, że tęskni i dopytywał się, czemu to tylko w jedną stronę?

„Też tęsknię przecież”.

Przyjechał. Skrzynka margarity i muzyka. Jak zwykle wielka radość, popijanie. Zwracanie się do siebie naszym żartobliwym „słuchaj, widzę że..”. Aż tu nagle siadłem obok niego późną porą na dwuosobowej sofie skóropodobnej i zaczęliśmy się całować. „Nie wierzysz, co się dzieje, prawda?” Pytał. To taki moment, w którym do poczetu twarzy kogoś, kogo znasz, dokłada się nowa – kochana śmiejąca się twarz do całowania. Nie wiadomo kiedy staliśmy nago w moim living room, a potem do sypialni i „stało się, co się miało stać”.

Podobno wyglądałem wtedy na prawdziwie szczęśliwego.

Cóż, kiedy moje naiwne czarno-biało widzenie świata wprowadziło mnie w błąd, o czym miałem się wkrótce przekonać. Dla jednych intymność do wrota do tajemniczego ogrodu następnego kroku relacji. Dla innych to potrząśnięcie ręki z kumplem. Dziwi teraz, o jakże małe zmiany nastroju się obruszałem!

Kiedy następnego dnia zaczął z uśmiechem znów czatować z kimś oj jaki zaangażowany, trafił mnie szlag. Zamiast wydrzeć się „Hej, mieliśmy oglądać film”, ale też i taki rozczarowany, że po baśni tysiąca i jednej nocy ma nadal potrzebę szukania podniet gdzie indziej, zamknąłem się w sobie. Marek nazwał to fochem. Przyznałem mu ostatecznie rację, to niegrzeczne, żeby gość czuł się u ciebie źle, bo się nie odzywasz. Postanowiłem już zawsze być szczery.

Wymuszony, nadal nieco dziwny seks, a w niedzielę rano czułem się potwornie, rozrywało mnie ze złości na siebie, a wypad na miasto wprawił mnie w drgawki – zwłaszcza że pokazał mi zdjęcie jakiegoś kolesia z czata. „Powiem mu, żeby sobie jechał!” syczałem.
Mylę fakty, mylę dni – w każdym razie po raz kolejny zbliżyliśmy się intymnie „w pełni”, co było pewnym novum, a 1 maja zastał nas skwaszonych. Zrobiła się atmosfera w stylu „wszystko się popsuło”, na twarzy miał minę jak wszyscy faceci z przeszłości, którzy już podjęli decyzję, że to nie to. Włóczyłem się przegrany. Alkohol poprawił nastrój, ale nie do końca.

- To co mówisz, psuje nasz związek – Żartuję.
- Przecież my nie jesteśmy w związku! – Rzuca śpiesznie. W takim zgryźliwym nastroju.

To był długi pierwszomajowy weekend, pełen rosnących szybko i gasnących nadziei. W którym narodziło się powtarzane przez niego nie raz „No ale przecież lubię cię za to, kim jesteś, a nie za to, co robisz…”.

2 tygodnie później, po rozłące przerywanej codziennymi rozmowami video, pojechałem do Leeds, o czym relację zdałem w smsie:

„Było cudownie. Starałem się mu pomóc. Popijaliśmy i oglądaliśmy tv. Było bardzo dużo czułości naprawdę. W sobotę rano w bardzo sprytny i uroczy sposób wymusiłem seks. Zrobiłem taki uroczy żarcik „ale z ciebie ZNIECZULICA. Ja tu mógłbym się czołgać po dywanie a ty nic!”. Potem go nazywałem znieczulicą cały czas, jak nie chciał się przytulać. Ale chciał.

Podobało mu się całowanie. Potem na mieście mówił mi, że jestem najbardziej amazing osobą jaką zna i że wyglądam bardzo handsome.

Jedyny przerywnik to jak zobaczył sexy gościa i aż wyskoczył za nim na balkon, sprawdzać, czy jest on na czatach. On bardzo mnie lubi, ale ta seksualna pierwotna część jego po prostu chce macho.

Na spacerze wczoraj ze współlokatorem i psem zerwał bez i cały czas mi podtykał, żebym kojarzył w przyszłości ten zapach z nim. Było romantycznie, nawet się pocałowaliśmy w parku.

Chociaż ma problemy, to ja rozładowuję sytuację żartami, że „uuu jestem godzila, znów się idę przytulać”. Więc było naprawdę dużo głaskania przed tv, nawet przy współlokatorze.

Już jestem w domu i walczę, żeby się nie rozkręcić. Chcę być realistą i po prostu brać rzeczy, jakie będą.

Zobacz jaki byłem szczęśliwy”

Poniżej zdjęcie, jak Marek wącha kwiat bzu na mojej piersi, co można by przy dobrych chęciach uznać za celowo romantyczny gest.

„A jako bonus wysyłam Ci jaką mu zrobiłem piosenkę raperską. Czasami jak mamy głupawkę, to robimy takie głupie wulgarne rapowanie (oczywiście ja jestem lepszy) Nagrałem to już teraz w domu.”

W tygodniu zrobiłem wersję elektro piosenki „Czasami mówisz, że do Ciebie nie dzwonię”, co uważałem za bardzo śmieszne i sprytne. I dalej słać Markowi.

W weekend znowu do Leeds, do Marka. Czekał na mnie w domu, a na stole przepiękny zestaw przekąsek. Oniemiałem. Drink do ręki. „Siadaj tu obok mnie” mówi i głaszcze po ręce. Całuje. Obejmuje. Seks w pokoju na górze. „Byłem strasznie szczęśliwy” opowiadałem potem „aż zacząłem wierzyć w happy endy”. Komplementy. „Może czasem jesteś camp, ale wiesz co? Kreatywność zwycięża” zapewnia z uczuciem. Chodzę po tym domu jak pan na włościach. Szczęście rozpycha, oszałamia. Jesteśmy parą! Zdobyłem go! Więcej seksu w dzień niż przez cały rok, tak nieśpiesznie, bez nadęcia, z finałem dla obu i zamianą ról.

Leżeliśmy pijani pół godziny na łóżku, głaskałem go po twarzy, całowałem. „Ale jesteś piękny”. „Nie, to ty jesteś piękny” i nawet nie wiedziałem, że z Syberii nadciąga już zimny front nad fronty.

Marek zaczął nagle jakoś wydzwaniać do jakiegoś kolesia i drzeć mu się, że jest rudy i brzydki. Erupcja w głowia, szczęście pryska. Co prawda niby to powiedział „jestem z kolegą” i wołał, bym się pokazał, ale ja już jak ta bryła lodowa wytoczyłem się z łóżka i na papierosa, pijany i zły. Upalony na dole współlokator śmieje się jakby szyderczo, gdy z okien dociera darcie się Marka.

„Co ty taki oschły jesteś?” zapytał po powrocie smutno w rzadkim momencie słabości.

Kur zapiał, podmienili Marka. Pojechaliśmy do Yorku z kolegami. Oszołomiony i skacowany człapię, gdzie on? W parku siada 3 metry ode mnie. Na schodach znad wody pytam „czy coś się zmieniło?” „Nie, nic”.

Przyjechaliśmy do Birmingham. W nocy nie mogłem spać, a więc na fali nowej szczerości (patrz wyżej) napisałem smsa pełnego górnolotnych wyrażeń o moim zdezorientowaniu z powodu zmiany nastroju. Z jednej strony seksowny magiczny weekend. Z drugiej oschłość.

(Już taki mój los, że gdzie zatrącę poetyką, to ścielą się trupy).

SMS ten, jak to zwykle u Marka, „wszystko zepsuł”. Napisał mi, gdy poszedłem do pracy, że koniec z seksem, bo wyszło na jaw, że za dużo myślę.

Ha! Przyjdę do domu i wszystko odwołam, mówię. Wpadam cały nakręcony i radosny. Po trzecim objęciu i całusie Marek zauważa: „PRZECIEŻ UZGODNILIŚMY, ŻE JUŻ WIĘCEJ SEKSU NIE MA”. Tak się spiąłem, że nie mogłem na spacerze wycedzić słowa. Po powrocie zaczęliśmy rozmowy na balkonie. „Dla mnie to nic nie znaczy. Zawsze chcesz więcej. Ten sms zmienił wszystko.” Chyba żebym się zapłakał, że wszystko stracone?

Pojawił się MUR. Stary znajomy mur, który stawiają przede mną. Od Mordki, chłopaka numer 1., przez Borsuka po pana Gbura, który nie chciał seksu. Mur, który mnie rozwala, którego nie umiem przeskoczyć.

Następne dni były dziwne. „Wiesz, jak już NIC NIE CHCESZ, to mówisz do mnie zupełnie inaczej” zauważa Marek.
„Tego chciałeś, jesteśmy kumplami, tacy cool”, macham rękami jak idiota raper.

Nie ma już być seksu, ale przykłada moją rękę do swojej opalenizny, chadza wymachując penisem. Przytula się. Cieszy.

Siedzi na fotelu, który do mnie przywiózł, a ja dziwię się, jaki jest przystojny.

W sobotę pojechaliśmy do domu pana Gbura, który był na wczasach. Przewietrzyłem, podlałem kwiatki, zagrabiłem ogród. Sielankę i drinki przerwał Marek stukający zapamiętale w telefon. Żółć mi wylała, że zrobiła się ze mnie karykatura mnie, słaniająca się z zazdrości.

W niedzielę radosny wyjazd do Walii. Choć serce rosło na krajobrazy i podróż z Markiem, cały czas nie trawię tej goryczy. W wolnych chwilach analizuję. Co zaszło tamtej nocy z soboty na niedzielę, że obudził się inny. Co i już powracam do tematu, jakbym nie mógł uwierzyć, Marek się złości, gdy wspominam, a ja przed oczami mam mur. Bawimy się świetnie, ale umysł mi pracuje. Biegamy po ogrodzie lejąc się wodą, pijemy, śmiejemy, komentujemy na boku, Marek jest troskliwy, kochany, a krajobraz uspokaja. We własnej sypialni zasypiamy w objęciach przy otwartym balkonie.

Wieczorem Marka porywa elokwencja i mówi do właścicielu domu: „I would move in here and look after your house. We would move in here with jesion and he would say let’s get married”. I wtedy jego koleżanka zrobiła Wielce Znaczącą Minę: Uważaj na to, co mówisz.

Marka bardzo niecierpiliwiły moje wypowiedzi na temat tego, co się dzieje. Biedny, chciał żeby było jak dawniej: ja go uwielbiam całym sobą, a on się pławi. Próbował zażartować z sytuacji i udzielać mi rad na temat randkowania, ale zbyłem go ostro. Czuję, jakby odciął całą radość ze znajomości, tą małą nadziejkę, to coś, co było więcej niż przyjaźń między nami.

Kiedy na jego prośbę wziąłem jego telefon do ręki, zauważyłem sms od John Paula, z którym teraz się spotyka „I would like to meet them”. W odpowiedzi na zdjęcia Marka i piesków, które kazał sobie robić. Widzę też, jak tabuny facetów, którym Marek połamał/połamie serca dopraszają się o kontakt. Mało kto, jak polski Marek, potrafi tak cię zdobyć, zaczarować, swoją zainteresowaną miną i uśmiechem wynieść ponad tłumy.

Wiesz co Marek, wal się na ryj, i ty, i John Paul i pieski.

Po powrocie do Birmingham już obaj wiemy, na co się zanosi. W windzie taki moment, że mam ból w oczach, patrzę na niego i widzę ból. Zasypiamy przed tv, jeszcze jakby ręka przy ręcę. „Widzę po twojej minie” mówi (bo on się niby to zna na mikroruchach twarzy), że to REVOSTI. (Żart z Kimmy Schmidt: It’s over). Moc objęć. „Będę tęsknił, wiesz?”.

Poszedłem do pracy, a gdy zadzwonił wyjeżdżając, powiedziałem mu „Będę jak olbrzym z BFG wiesz? Zawsze cię będę słyszał, jak będziesz do mnie mówił. Bo ja mam zresztą duże uszy”.

„Awwww, dużego to ty masz penisa” zauważa uprzejmie (i nieco na wyrost) Marek.

Wczoraj w rozmowie video poprosiłem, żebyśmy zrobili sobie przerwę. W końcu już mu lepiej. Choroba przemija. Schudł. Wypiękniał. Nauczyłem go czesać pięknie włosy. Wydepilował sobie dupę i krocze dla Johna Paula, będzie się miał czym zajmować. Uznałem więc, że to dobry czas na to, bo ja już naprawdę nie lubię, kim się przy nim stałem i że szlag mnie trafia o byle co.

Co miał powiedzieć:

„O Boże. O Boże. Tylko nie przerwa. Własnie zrozumiałem, że cię kocham.”

Co miał powiedzieć – bardziej realistycznie:

„Jest mi przykro, bo będę tęsknił, ale rozumiem, że potrzebujesz czasu, żeby wyleczyć się z tego uczucia. Trzymaj się”.

Co się naprawdę stało:

Wybuchnął. Obrażał. Oskarżał o samolubność. Złościł się. „Dlatego jesteś taki odpychający” tłumaczył. Przepowiadał samotność. Zignorował moje uczucia i wytłumaczenia.

A na koniec przysłał zdjęcie przekreślonego pieska. To była ta suka, dla której miał wiele uczucia i czasu na pieszczoty, aż raz go ugryzła w rękę i stracił do niej całe serce i zainteresowanie. Wiele razy wspominał o tym, to był nasz taki żart, jak bardzo go to zabolało.

Dziś rano w pociągu doszło do mnie, że ta suka to ja.

TEMATY DO DYSKUSJI
Chciałeś seksu, masz. Nie wszystko złoto, co się świeci…

Człowiek zapomina, jak się męczył, gdy go przytulić.

Jesion mógł nie reagować, tak jak reagował, ale czy można mu się dziwić?

Czy warto chcieć być z kimś, kto zmienia o tobie zdanie za każdym razem, gdy coś zrobisz?

Siła iluzji, podczas gdy ten drugi czatuje.przyjazdy do Birmingham jako baza do zdobycia facetów.

Marek lubi drani i trzymanie za kark, małe szanse na zainteresowanie wrażliwymi sentymentalnymi pseudo intelektualistami.

Co się naprawdę zmieniło z soboty na niedzielę?

Jesion tak naprawdę był ważniejszy dla Marka niż wszyscy ci, z którymi Marek się rżnął; czy można jesionowi wybaczyć, że emocje wzięły nad nim górę? Co by się stało, gdyby jesion nie słuchał intuicji, tylko play it cool and go with the flow?

Czy jesion powinien iść do psychologa, żeby przerwać pattern angażowania się w relację z facetami, którzy go odpychają?

Czasem nie mogę uwierzyć, że to koniec, ale przypominam sobie, jak czułem się, gdy Marek postawił mi mur przed oczami. I złościł się, że mi żal.

Weekendowa inna lepsza wersja świata

W piątek 7-go kwietnia po zdanym egzaminie na prawo jazdy świat na chwilę przełączył się w swoją inną lepszą wersję. Nawet się nie od razu zauważyło, że zrobiło się bardzo ciepło, nieprawdopodobnie wręcz jak na Anglię ciepło – t-shirty i okulary słoneczne. Krążyłem po pokoju z tej radości, wysiadywałem na balkonie, gościłem pana Gbura, potem jego najmłodszą siostrę, a potem dojechał polski Marek.

Pamiętam, że siedziałem sobie lekko upity, a mięśnie twarzy spontanicznie trwały w szczęśliwym uśmiechu, rzadko u mnie permanentny stan. Był to prawdziwie długi słoneczny dzień, bo powoli docierało, że koniec z umawianiem lekcji jazdy, kosztami, martwieniem się. W końcu zdałem, mając na uwadze radę instruktora: „forget about exam, about guy next to you, it’s all about you, the car and the joy of driving”. Cieszyłem się z bycia w centrum uwagi, cieszyłem słońcem i że mój w cichości ulubiony polski Marek jest obok.

Przyjechać on miał ci aż na 10 dni. Nie wysiedział aż tak długo. Upieramy się przy swoim, czy tu ma być tak, czy nie tak; czy mam wziąć do miasta to czy tamto; czy oglądamy to, czy nie to; negocjacje co do oglądanych razem rzeczy zaczynają się już kilka dni wcześniej. Marek zarzuca mi braki towarzyskie i krótki attention span. Na przykład wstaję, by podać nam drinki i zapominam w połowie drogi, albo też nie podam mu widelca, tylko sobie. Co kładziemy na karb mojego mieszkania samemu od dawna. Nie spieram się, bo to prawda, uczę się tak dbać o kogoś. A nie jest mi łatwo, bo czasami muszę przedzierać się jak zwykle przez fałdy emocji.

Czasem bawimy się tak świetnie razem, a czasem gdy nawprzytka palcem za dużo do gejowskich czatów, kwaśnieję z zazdrości, z niedopieszczenia, z odrzuconych zalotów. Że przestukał się z połową Anglii, a mnie nie tknął palcem. Z refleksji, że odkąd pamiętam, że od czasów nastoletnich fascynacji polezę zawsze tam, gdzie się mnie nie chce, gdzie nie pociągam seksualnie. To wewnętrzny radar, supermoc, wbudowany czytnik pola magnetycznego. Nie rozpaczam, ale podsycam się złością i wtedy wychodzą słowa koślawe, wyniosłe, nieprzyjemne odruchy, choć od dawna przecież wiem, że akcja rodzi reakcję, i to jak jest, to wynik wkładu obu.

Czasem jest pięknie. Jak na spacerze, kiedy wymyśliłem zabawę – konkurs rapowy. Każda następna osoba rapuje na temat ostatniego słowa poprzedniej osoby. Poniższy mój wkład na temat „Dorotka” spowodował okropną głupawkę. Musiałem usiąść aż ze śmiechu.

Miałem iść na party, właśnie przyszła nocka
Ale przyszła Dorotka i postawiła klocka

Są takie momenty, jak ten, kiedy się z kimś idealnie rozumiesz, ale są też takie, gdzie narasta zniecierpliwienie po obu stronach i wyobrażasz sobie, że to twoja wina, że psujesz wszystko swoimi mamucimi zalotami koślawego grzmota nielota. Chociaż przecież tak próbowałem to sobie w głowie rozłożyć na czynniki pierwsze. Że to nie uczucie, tylko zazdrość. Ego. Dziecinna zachłanność. Że to lęk, że zniknie, że ktoś go odbierze. Że to wygłodniała reakcja, bo ktoś okazał mi trochę uwagi i sympatii, a ja huzia na niego, dawaj wszystko albo idź. Ile to razy zrywałem w nim w myślach, bo wolę samotność przynoszącą poczucie siły i ponurą satysfakcję, niż takie cierpiętnictwo po cichu. Ale ostatecznie co ja poradzę na to, że serce mi ulatuje na jego widok i jak go całuję w policzek a czasami tuż przy ustach, to czuję jak budzi się coś w mauzoleum między nogami.

Po wyjątkowo nieprzyjemnej interakcji wieczornej zniknął odwiedzać rzesze znajomych po południowej Anglii. Wyobraźnia podpowiadała, co on z nimi robi, czego u mnie niedostatek. Emocje przeszły od wyniosłości do wyrzutów sumienia, że nie byłem milszy. I nagle okazało się, że plan spędzania Wielkanocy razem staje się coraz mniej realny. „Słuchaj, jeżeli masz nie przyjechać, to powiedz od razu teraz, żebym sobie coś zorganizował” wysyczałem (o ile smsy mogą syczeć). W piątek nie przyjechał, co moja urażona duma skomentowała jednym wielkim AHA! KONIEC Z NAMI! Ale na jego życzenie kupiłem na następny dzień bilet kolejowy do Walii, no bo przecież „uwielbiam podróżować” i „lepiej już pojechać niż samemu w domu siedzieć”. W Walii dostałem szału, bo wszyscy tak pili poprzedniej nocy, że nikt mnie nie mógł odebrać ze stacji.

(Teraz widzę, że te moje wszystkie reakcje to były z niedowierzania, że mógłbym być dla niego (kogoś) ważny. Chyba podświadomie obawiam się, że inne dzieci nie będą się chciały ze mną bawić i że się mnie ciągnie ze sobą, bo się narzucam, domagam i obrażam).

W każdym razie w Walii było słonecznie, deszczowo, ciekawie. W takich okolicznościach, „w gościach”, czujesz się jeszcze bardziej z kimś zbliżony. Mieliśmy własną sypialnię, a nawet „skrzydło domu”. W ramach popołudniowej drzemki, przytulił się, gdy czytałem mu historyjki z „Chwili dla ciebie” kupionej w polskim sklepie. A tak to raczej przytulał sukę, co wzbudzało we mnie niemy przekąs. Ale ogólnie były to wakacyjne klimaty, a ja, nauczony rozłąką, staram się nie popadam w ponure podsumowania. Odrzucił 2 próby bliskości. Ale w końcu świetnie się bawiliśmy, a to waliliśmy szoty w kuchni, a to robiliśmy zdjęcia razem, taka to wyjątkowa przyjaźń.

Powrót też był przyjemny. Pięknie było w Walii i wesoło. Wpadł po swoje rzeczy i pojechał do siebie. Wkrótce zadzwonił, żeby ożywić się podczas długiej jazdy na północ. Starałem się go rozbawić oraz i pochwalić, bo czasem jest i tak, że ktoś ciebie nie kocha, ale nadal oczekuje aprobaty. W końcu jakoś wyznałem mu, że w całym pomyśle zamieszkania razem jest jedna rzecz, która mnie martwi; że ja nadal reaguję na niego seksualnie. I nie chcę przez to się źle czuć we własnym domu.

(Wyobraźcie sobie! Zazdrość! Żal! Wyrzuty! Półnagich gości w kuchni! Że znika! A gdzie znika?! Dokuczanie, oschłość, złośliwość!)

Polski Marek pomyślał o tym, a z domu wysłał szereg wiadomości tekstowych i głosowych. Że jestem most amazing individual, jakiego zna. Że nie skupiał się na atrakcyjności, tylko na przyjaźni, bo to dla niego najważniejsze. Po czym wyjaśnił, co lubi w seksie, i pytał co ja lubię. Przysłał zdjęcia. Zdębiałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Gdy powiedziałem, że wyjątkowo lubię seks pod prysznicem, powiedział, że mogliśmy byli pod prysznicem w domu w Walii i w samochodzie (Hahaha). Dodał, że mam piękne nogi i tyłek oraz ładne stopy. Wyjaśnił, że chciałby być z typem otwartym seksualnie. Że FUCK to można z kimś, a PASSION tylko z nim.

Podsumowań nie będzie, bo wiem dokładnie tyle samo co Wy, co to wszystko znaczy i czy coś to zmienia.

Próbuję umowić się z ludźmi na seks, ażeby nie stawiać wszystkiego na jedną szalę. Obciąłem włosy na krótko. Mam umięśnione plecy. Brzuch bez planowania zmalał. Zacząłem domowy cykl ćwiczeń na łapy z ciężarami, żeby podgonić. Wydepilowałem kremem krocze, co zaskakująco korzystnie wpłynęło na samoocenę (od Wolverina do babyface w 5 minut). Widzę, jak dorastam. Uczę się o kogoś dbać.

A w Walii jak każdy miał sobie w duchu pomyśleć życzenie, nie wytrzymałem i pomyślałem:
„…

Lekkie przemieszczenie sił w przygodach z polskim Markiem na przykładzie korespondencji własnej

23 stycznia 2017

A u mnie tak w kratkę. Nasilają się moje stany niepokojowe. W sumie wydaje mi się, że większości moich wspomnień towarzyszy wspomnienie niepokojów, braku komfortu, stresu – na przykład jak oglądam stare zdjęcia. Pomimo, że na codzień mam się niby w porządku. Tabletki działają tylko na stres, a nie na to (…) Wiem, że nie u wszystkich tak działa – tylko u mnie, który zawsze bał się jak widzą go inni (bo od dzieciństwa nie byłem akceptowany, a i pan Gbur tępił we mnie spontaniczne przejawy zachowania), martwił się na zapas. Wspominam o tym dlatego, że właśnie takie „efekty poproszkowe” ostatnio niestety zaczynają mi się przytrafiać w „normalnym życiu”, w normalnej rozmowie, gdy piszę emaila o sobie, gdy mam zadzwonić do kogoś pogadać. W ogóle bywam rozedrgany jakoś. Cały dzień w Sylwestra przeżywałem niepokój i stres, wiedząc, że nie lubię Sylwestrów i będę się musiał zadawać z innymi, i jeszcze chodzić na paluszkach dookoła partnera pana Gbura. Dlatego do domu poszedłem od razu po północy.

Być może zaczyna się u mnie jakaś fobia socjalna, wolę siedzieć w domu i oglądać Netflixa, bo do tego męczy mnie ciągła kontrola finansów, bo pomimo dużego już oszczędzania, nadal się powolutku zapadam. Mam więc mniejszą kontrolę nad stanami lękowymi niż kiedyś, ale nie martw się – powolutku planuję jak temu zaradzić, a więc albo użyję help linii w pracy, albo poczekam do okresowego badania przez Bupę, prywatnego ubezpieczenia przez pracę. Fajnie by było sobie funkcjonować i się nie trwożyć.

Był u mnie przez weekend polski Marek, więc miałem okazję zauważyć, że jednak rozrywka i zajęcie się czymś nie likwiduje już takich stanów. (…) Ale ostatecznie był to super udany weekend, więc nie chcę go sprowadzać tylko do stanów lękowych.

Przyjechał AŻ na dwa dni. Wybawiłem się super. Zawsze jak się pojawia, nagle się śmiejemy i mamy sobie strasznie dużo do powiedzenia. Oczywiście bywa on irytujący i ma takie głupkowate odruchy/teksty, oraz nadal ciągle sprawdza ustawicznie czaty i czatuje, oraz pokazuje mi zdjęcia chłopaczków, z którymi rozmawia. Co jest oczywiście nadal przykre, bo on lubi takich małych kompaktowych niuńków, którym ja bym w ogóle zignorował; no i chcąc nie chcąc się porównujesz.

Ale w piątek wysprzątałem i jak przyjechał, zaczęliśmy drinkowanie i poszliśmy do baru na jedzenie i drinki, co było bardzo wesołe, bo nam przez pomyłkę źle policzyli na rachunku (mniej). A potem w innym barze zagadaliśmy takie panie, co było niesamowitym zbiegiem okoliczności, bo ta pani opiekuje się 20-letnią niepełnosprawną córką, a polski Marek miał mieć rozmowę dzisiaj o pracę właśnie w sprawie zmiany postrzegania niepełnosprawnych w kraju. Więc mieli sobie wiele do powiedzenia i bardzo go to podbudowało. A mnie zachwycają takie darmowe łuty szczęścia.

Powiedziałem Markowi, że powinien zostać politykiem. Ma aurę i dar zaślepiania ludziom oczu. Na przykład pani tej odpowiedział na pytanie „czemu się zajmujesz niepełnosprawnymi?” pustymi frazesami, a ona i tak była usatysfakcjonowana. Powiedziałem mu, że jak się zajmie polityką, to zostanę jak w „House of Cards” takim pomocnikiem-manipulantem za kulisami.

Z Markiem położyłem się przed snem na jego materacu w living room, ale jak usnął, poszedłem do siebie, bo się skarżył kiedyś dawno, że chrapię, a ja też potrzebuję serii zabezpieczeń przed snem – zatyczki, woda obok, tabletki. Na drugi dzień zauważył, że spodziewał się, że zostanę na noc z kołdrą, a na trzeci, że jak ten duszek pojawiam się i znikam – jak zasypia jestem, potem mnie nie ma, a potem wracam rano. To jedna z tych miłych rzeczy, które mogłyby zmylać.

W sobotę poszliśmy do centrum. Było świetnie. Ubraliśmy się dość ładnie i Marek rozbrajał wszystkich ludzi ze sklepów swoim urokiem, choć przecież czasami ociera się o bezczelność w żartach. Ogólnie mi się przez to z rozpędu też dostało wiele sympatii. Pomyślałem, jak ja muszę na codzień promieniować nieśmiałością, imigranctwem, asekuranctwem i niechęcią do ludzi, skoro była taka różnica w traktowaniu mnie. Wszyscy pytali, czy jesteśmy Francuzami. Zacząłem więc nazywać go „Jean-Baptiste”. Marek chodził po wszystkich sklepach i wypraszał próbki bardzo drogiego sklepu przeprowadzając ten sam scenariusz. Było to bardzo śmieszne. Świetnie się bawiłem. W takim malutkim i drogim butiku z okularami zagadaliśmy z właścicielem, który powiedział, że właśnie w Monachium są niedługo targi okularów słonecznych. Na co ja wypaliłem żartem: „Munich?? What a coincidence, we are in Munich next week!” (to taki przykład jak z Markiem interakcje z innymi stają się zabawą i beztroskie, jak łatwo bawić się konwencją wielkiego bogatego życia, za którym tęsknie. Byliśmy jak Paris Hilton i Kim Kardashian, mocni, pewni siebie, bogaci, żartujący sobie).

Najlepszy był motyw Agnieszki z Inowrocławia. Jest w „Chwili dla Ciebie” taka rubryka z historyjkami czytelników, które są w ogóle nieśmieszne, ale napisane jednym stylem i zawsze kończą się w stylu „wtedy wszyscy wybnuchęliśmy śmiechem” albo „długo się z tego śmialiśmy”. Na przykład jak to Agnieszka poprosiła męża, żeby kupił szalotkę (cebulę), a on jej przyniósł szarlotkę! Przeczytałem Markowi kilka (na facebooku followuję specjalny fan page) i potem cały czas mówiliśmy w tym stylu. Opiliśmy się leniwie i apogeum śmiechu nastąpiło, gdy mocował mi drzwiczki zamrażalnika do lodówki taśmą klejącą. „Podaj mi taśmę, dobrze?” mówi. Na co ja (niewiele myśląc) tym tonem z „Chwili dla Ciebie”: „A co ty myślisz, że ja jestem taśmociąg??” Widzisz, nie jest to śmieszne, ale dostaliśmy strasznej głupawki. Tarzałem się po podłodze WYJĄC ze śmiechu.

Marek na sofie ze dwa razy podniósł rękę, żebym się przytulił i tak nieco niezręcznie głaskał po ramieniu. Jak na kolegów mamy dość dużo czułości. Wiem, że jestem kiepski w ocenie intencji ludzi (przesłaniają mi pole widzenia własne emocje), ale mam wrażenie, że może ma mały konflikt. Z jednej strony są momenty, w których porywa mnie pasja (jak na przykład gdy mówię o muzyce – jak to sam zauważył), i gdy powiem coś błyskotliwego widzę, że go to zachwyci, a z drugiej drażni go (pewnie) mój potworny brak wiary w siebie i że jestem ogólnie „smutny” (też rzeczy, które sam powiedział, choć użył słowa „dziwi” a nie „drażni”). Czasem przybiera ten lekko „lekceważący” ton, który ja tak wiele razy słyszałem (u innych).

No a do tego cały czas czatuje z innymi i mam wrażenie, że wszelkie czułości cechuje niecierpliwość. Jego kosmetyczkę wypełniają kondomy (rozmiar: Large), więc muszę się wprawiać w odrętwienie, gdy nagle przypominam sobie, że uprawia seks z innymi. Marek powiedział, że z mojej twarzy wszystko można wyczytać, no ale jakoś nie wyczytał, że sprawia mi to przykrość!

Trudno więc zakładać, że kiedyś nagle z czasem on się do mnie przekona, chociaż jak przyjechał, widziałem w jego oczach podziw dla mojego wyglądu (po botoksie i generalne schudniecie, poprawa sylwetki). Nie robię sobie nadziei i staram się przejść do codzienności. Poza tym on jest drażniący i nie aż tak błyskotliwy jak ja. Na przykład ma manierę „dokończania” za ciebie zdania, że niby się zgadza. Co jest w sumie śmieszne, bo nie zawsze zgadnie, co powiem! Roztacza jednak taką aurę męskości, opiekuńczości, których mi w życiu bardzo brakuje. Moja sancho-pansowatość już chce od razu isć za jego don-kichotem.

Przynajmniej się uśmiałem bardzo. Spędzam tyle czasu sam, że czasami jak np jestem z panem Gburem, uderza mnie, że jest obok mnie jakiś inny „byt” niż ja (pan Gbur), więc może dobrze w takim „podgorączkowym” stanie ducha zastanowić się przynajmniej, jak odbierają cię inni, żeby było milej i łatwiej w życiu – jak ci sprzedawcy w sklepach. (przypomina mi się Twoje ćwiczenie ezoteryczne, żeby spróbować wizualizować, jak Cię widzą). Myślę sobie, że może już się za bardzo zakićkałem w głowie, żeby prowadzić normalny żywot, może już jestem zbyt uszkodzonym towarem, żeby mnie ktoś pokochał; ale mam nadzieję, że przynajmniej uda mi się wyprosić anty-depresanty i zacząć się mniej bać działać, i może coś jeszcze osiągnę.

6 marca 2017

Nie mam za dużo dzisiaj do roboty. Muszę zaraz zamówić taxi na dworzec po pracy, bo muszę złapać wcześniejszy pociąg o 17:12 (kończę o 5), żeby zdążyć do kina. Idę dzisiaj z panem Gburem na Logana.

Smutno mi dzisiaj. Tesknię za polskim Markiem, ale nie chcę mu się narzucać. Marek na facebooku ma tabuny gości, z którymi się spotykał na randkach i z którymi sypiał. Muszę się więc otrząsnąć z tego i przerzucić na dyżurne fantazje abstrakcyjne. Wiesz, było miło, raz jak drzemałem, trzymał mnie za rękę, głaskałem też, gdy położył nogę na mym łonie, ale Marek często tak głupio chichocze, więc sądzę, że to robi, żeby mi sprawić przyjemność. Zawsze jak moja twarz znajdzie się za blisko jego, wzdryga się.

Nie myśl sobie, że to moje zwyczajowe narzekania-roztrząsania, jestem obecnie jest dużym chłopcem i już naprawdę jestem pogodzony z wieloma faktami. Pan Gbur to była szkoła życia. Choć powtarzam, że mi dobrze samemu, to serce jednak rwie się, żeby kogoś kochać. Dlatego pan Gbur ma ze mną tak dobrze. On już się tak na mnie nie krzywi, rolę tą przejął Marek. Popatrz, jak przytoczona przez Ciebie żona alkoholika, idę zawsze tam, gdzie się na mnie krzywo patrzy. Ciągle nie mogę zakochać się w kimś, kto jest normalny, z ułomościami, rozterkami, to musi być wódz z charyzmą, kto dyktuje, jak mam się czuć.

W tym tygodniu w sobotę są urodziny Sary z Manchesteru. Oni mają taką klikę: Sara i jej chlopak, siostra pana Gbura, pan Gbur, jego partner itd. Ja siłą rzeczy się trzymam na uboczu, bo nie jestem zapraszany na domowe imprezy, gdy partner pana Gbura jest. Zawsze bardzo lubiłem Sarę, powtarzałem, że jesteśmy tak związani, ale zauważyłem, że ona nigdy ze mną nie rozmawia. No ale zamówiłem już swoje jedzenie do restauracji (składa się zamówienie z góry), ubiorę się bez zarzutu (czarny podkoszulek, czarna marynarka, czarne jeansy), i postaram się świetnie bawić. Wciąż mimo lat mam nadzieję na jakieś cudowne zbiegi okoliczności.

20 marca 2017

Witam Cię serdecznie. Tak się napracowałem, że zostało mi 50 minut obijania się. Mógłbym co prawda zająć się argentyńskim audytem, ale już mi się nie chce.

Za mną kolejny weekend z polskim Markiem. Są one bardzo pouczające. Może z racji jego młodszego wieku, jest mu bardziej niż innym moim sympatiom niewygodnie na piedestale, na których stawiam facetów. Czuję teraz ten brak równowagi, że to tylko on decydować ma o przyszłości tej relacji. To co ja mówię, robię, jak się zachowuje, też ma na to wpływ. A nie tylko czarno-białe, czy lord mnie zechce czy nie zechce.

On mnie też leczy z tego zamykania się w sobie, wchłaniania jak ameba, jak tylko coś zrazi. Cały czas powoli buduję w sobie pewność siebie, że on będzie trwał, że nie zaniedba. Nie wiem, czy to wyrzuty, czy miła osobowość, ale jest on „wyrozumiały” dla mojego uczucia. Nie mówi się o nim, ale chyba czuć. Bardzo iskrzy. Mówiłem Ci już, że on toleruje moje przytulanie. Powiedział pewnego razu „poczekaj tylko pójdę do łazienki i cię dalej będę niuniał” – gdy odsunął się, żebym nie pomyślał, że to jakieś odrzucenie. Także bardzo się niuniamy. Przytulamy, trzymamy za ręce, głaskamy. Nawet oglądając tv w oddaleniu. Chodzimy razem spać na jego materacu, a potem idę do siebie. Popijamy cały dzień słabo procentowe alkohole i przebywamy razem godzinami. Całuję go w szyję. Cmokam w windzie. Tyle fajnych tekstów leci, mówimy do siebie tonem z „Historyjek z chwili dla ciebie”: „Słuchaj Marek, widzę, że …”. Doradzamy w kwestii ubioru. Kłócimy, czy brać taxi, czy brać parasolki, bo uparciuchy. Zaśmiewamy się do łez, szydzimy z siebie życzliwie. Nazywam go „mój mały pufciu”, a w ogóle to odzywamy się do siebie tak czule „kotku”, „myszko” „kochanie”. Czasem robię taki niby test i przypadam powoli po niego z miną uwodziciela zdobywcy i wtedy on tak albo mięknie, jakby miał się poddać, albo trwoży w środku. Ale oporów już jakby mniej ogólnie.

Także może on też się waha, albo mu smutno w środku, że mnie nie kocha i jestem dla niego takim amerykańskim Tonym. Znów pojawia się myśl, że może on czeka, aż ja coś zrobię? Widzę, że reaguje na moje zmiany. Komplementuje moją sylwetkę, jak przybywa mięśni, ubywa tłuszczu, porównał mój tyłek to pupy Ryana Goslinga (przewijałem 3 razy, żeby sprawdzić…), i moje rozliczne zalety. Widzę, że on je wyłapuje. Ale drażnią go moje męskie niedociągnięcia.

Ostatnio wyszło na to, że jestem choleryk. Zrobiłem scenę na siłowni, że nie miał go kto wypuścić. Był zgrzyt. Była więc okazja do wytłumaczenia, że jakie to dziwne, że ja uważam się za tak dobrego w środku, a tu masz. Powiedziałem mu, że od dziecka dostaję takie zdzwione, zrażone, zniesmaczone miny od ludzi. On mówi mi „widzisz, i dziwisz się, że ludzie cię nie rozumieją, nie lubią”. Na co ja „wiesz co, nie obchodzi mnie to już, co myślą, nie chce mi się zmieniać, za stary jestem!” (A raz zaczął komentować w tych klimatach, że trzymam parasolkę pod pachą jakoś po zniewieściałemu, więc wyskoczyłem na niego, że mam to w ogóle całkiem gdzieś, że jeżeli jakiś facet ma mnie nie chcieć, bo tak trzymam parasolkę, a nie inaczej, to ja dziękuję za takiego faceta i mi to nie przeszkadza! Skruszył się wtedy i wycofał, że nie o tym mówił, tylko chciał potrzymać).

Dziwi mnie, że uważa mnie za „starszego”, a to przecież prawda. No i cały czas dalej siedzi na tych czatach. Mamy w planach wyjazd razem do Lake District, więc może spróbuję wtedy coś zmolestować i zobaczę, czy coś z tego będzie czy to dalej sobie jesionek siedzi i bajdurzy.

W każdym razie, jak to powiedziano w „Good Witch”; słuchaj, albo będziemy teraz analizować i się zastanawiać nad tym, co się między nami wydarzyło, albo po prostu cieszyć z tego. (Wiesz, że to jedyny serial, za którym tęsknię? Czekam na kolejną serię. Tak mi w życiu brakowało widać słodyczy, miłych ludzi i zdarzeń!).

Tak więc był to naprawdę fajny weekend, poznałem go lepiej, i on mnie, aha! Zauważyłem też, że zaczyna przejmować moje teksty i odgłosy! Czasami wydaje się, że brakuje jednego mocniejszego szturmu, żeby skruszał, no ale może to tylko jego chęć bycia miłym. A poza tym uczę się kompromisu, leczę z poddaństwa, uczę się, że mam ogromny wpływ na to, jak widzą mnie inni (zarozumiałego przystojniaka?) i duży wpływ na ludzi reakcje. To szokujące, jak bardzo ludzie robią się mili, gdy tylko odezwać się życzliwiej!

Takie mam przemyślenia, a poza tym w piątek wpadam do Polski na urodziny taty (stres), a potem znowu jazdy (stres).

Wieczorny spacer po nie moim mieście

Zmylił mnie ten serial na Netflixie „Midnight Diner. Tokyo Stories”. Jest on o takiej małej restauracyjce w Tokio, do której przychodzą bywalcy i do tego ich malutkie milutkie historyjki życiowe. Po serialach typu „Good Wife” czy nawet „Once Upon a Time” i skomplikowanych podstępach i nazmienianych liniach czasowych, był to powiew ciepła. Wprawił mnie w bardzo dobry, przyjazny ludziom nastrój i zapragnąłem wyjść z domu i wtopić się w moje miasto.

Wypiłem kieliszek wina w Church Inn, do którego udałem się taksówką Uber. Uwielbiam ich dostępność i niską cenę. A potem przecinałem miasto wszerz i wzdłuż spacerem. I odkryłem, ze.. Birmingham to nie jest moje Tokio. Każdy mijany zakątek przywołuje wspomnienia, ale czuć, ze czas mój tutaj przeminął. Mijałem ludzi i ich towarzyskie interakcje, ich małe światy, radośnie upojone alkoholem i wciąż czułem, ze ja już w innym wymiarze. Już się tutaj nie łapię.

Staram się powoli rozwinąć, sięgam po książki w stylu „Jak stracić rozum i stworzyć nowy”, ale ciagle brakuje zapędu, motywacji.

W pracy miło, ale zastój. Na koncie ciężary. Prawo jazdy urosło do wyczynów nieosiągalnych. A mój pan Gbur, który mnie roztkliwia, nadal przecież ze swoim chłopcem i nie mogę tam za często być. Taki to już ze mnie outsider.

Tak jakby upieram się przy tym, co dobrze znane, powiedziałbyś, i nie dałoby rady zaprzeczyć. Ale łatwo jest już nie popadać w melancholię. Wybieram dobre samopoczucie.

Klątwy nie klątwy

 

U mnie nic ciekawego. Wczoraj nocowałem u pana Gbura. Pojechał do niego prosto z pracy pociągiem. Mieliśmy znowu biegać, ale padało i było zimno. (Niedaleko jego domu jest taki olbrzymi park, gdzie już 2 razy biegaliśmy). Zjedliśmy kolację, a potem miał mnie odwieźć do domu i absolutnie się nie mogłem zdecydować, czy zostać na noc czy nie. Ale stwierdziłem, że nie powinienem się tak powoli zamieniać w odludka, który woli sobie zakładać miasteczka i łączyć je dróżkami w Cywilizacji niż przebywać z ludźmi, czy dziwaka, który się nie przygotował psychicznie i merytorycznie do utrudnień w dotarciu do pracy nazajutrz. Pan Gbur nie nalegał (nie w jego stylu), tylko odpowiadał na moje wątpliwości „przecież mam zapasową szczoteczkę do zębów”, „dam ci jutro jakąś koszulę do pracy” –uprzytomniłem więc sobie, że oznacza to, że chce, żebym został, chociaż nigdy by się do tego na głos nie przyznał. Oglądaliśmy Fargo – 2 serię, i usnąłem na kanapie. Nie jestem przyzwyczajony do takich luksusów. Moja sofa jest malutka, więc najczęściej oglądam Netflixa poskręcany na podłodze. A tu było bardzo wygodnie, przytulnie i w miłym towarzystwie. Ostatnio się dobrze dogadujemy z panem Gburem,  czuć takie ciepłe powiewy uczucia.

Weekend dla odmiany spędziłem samotnie. W piątek wypiłem ¾ butelki wina na balkonie. Miałem nie pić, ale około 10-tej zachciało mi się. Oczywiście jak zwykle nic to nie wniosło do sytuacji. A przez resztę weekendu grałem znów w Cywilizację i nie robiłem nic ciekawego. W sobotę zjadłem śniadanie poza domem, a po południu byłem biegać. Nawet się na siłownię nie wybrałem. Zresztą ostatnio nudzi mi się, tyle ćwiczę i ciągle nic.

Długo się nie odzywałem do polskiego Marka, ale 2 tygodnie temu mnie podszedł, że jest mu źle i smutno. Poczułem się ważny, mądry i potrzebny, więc go zaprosiłem na weekend. No ale odwołał w sobotę, bo dzień wcześniej się upił w domu, ale za tydzień to na pewno przyjedzie. A za tydzień nie miał niby to kasy na paliwo. Uznałem, że słusznie kiedyś się od niego odwróciłem. On szuka kontaktu, jak nie ma nic ciekawszego do roboty. Byle randka i podnieta są ciekawsze. Dla niego przyjaźń to taka swoboda w kontaktach międzyludzkich. „A, my to tacy kumple, więc nic się nie stanie, jak odwołam w ostatniej chwili. Przyjaciele sobie wybaczają takie rzeczy”. Jak zwykle więc ci, co odrzucają nasze względy to zawsze tacy trochę beztroscy/bezczelni.

Ciemnoskóry Adrian, który ostatnio się często uaktywnia, zaprosił mnie znienacka na lesbijskie wesele jako plus 1. Mieliśmy jechać na cały dzień i zapoznawać się. Ale w ostatniej chwili okazało się, że ten kolega, co był zaproszony jako pierwszy, zdecydował się jednak jechać. Więc jak zwykle nie doszło do poszerzeń znajomości.

Nie złoszczę się na nich, ani nie obrażam, ale też nigdy już na nic nie nastawiam. Ciąży na mnie Klątwa Odwołań i Lepszych Opcji. Nawet jeśli to nie klątwa, a tylko wiara w klątwę, powodująca powielanie schematów i podświadomy wybór sytuacji i osób sprawiających zawód. Ale nawet z klątwami można sobie poradzić i czuć się świetnie w swoim własnym towarzystwie, z okresowo tylko powracającym lękiem o nijaką przyszłość na skutek utknięcia. Wiem, że bez cudownego przewrotu nie wykaraskam się już sam z sytuacji finansowej, ale mimo to ostatnio żyję skromnie i oszczędnie, próbując przy tym zachować w miarę dobre samopoczucie.

 

 

A jeszcze wcześniej były moje urodziny. Ich nadejście traktowałem z nieufnością, z góry je lekceważąc, jako formę uzbrojeń przed potencjalnymi rozczarowaniami. A tu… naimprezowałem się za wszystkie czasy. W jeden weekend zorganizowałem skromne przyjęcie z zakąskami. W inny poszedłem z Tiną i koleżanką do gejowskiego Village, gdzie w podziemu tańczyłem jak maniak do czarnej granej tam muzyki. (Wszystko przez to, że ośmieliłem się po 15 miesiącach siłowni opuścić mieszkanie w.. podkoszulku z krótkim rękawem! Był on modnie długi i szary, a rękawki szybko przeszyłem, aby nie zwisały smętnie zakrywając bicepsy; do tego czarne obcisłe dżinsy i czarne tenisówki z Zary. Cały ten outift sprawił, że nie miałem oporów). Był też gril i wyjście na taras snobistycznej restauracji Marco Pierre’s. Okazało się, że urodziny nie są takie złe!

 

Obecna linia czasowa

Pobyt w Polsce okazał się jednak bardzo odświeżający. Oczywistym czynnikiem wyróżniającym była pogoda. Zapomniałem już jak to jest, gdy ciało pokrywa warstewka potu. Bardzo mile wspominam poranki, gdy zakładałem podkoszulek bezrękawkowy, krótkie spodnie, a na tarasie około 9 rano już słońce grzało tak, jak nigdy w Anglii.

Miałem gdzieś jeździć, bywać, ale skończyło się na tym, że cały pobyt spędziłem w rodzinnym mieście. Było mi dobrze z rodzicami. Jadłem niesamowicie smaczne rzeczy. Codziennie rano biegałem, aby nie utuczyć się za bardzo, oraz dźwigałem ciężary na strychu. Wiesz, wiele rzeczy jest przykrych i życie mojej rodziny nie potoczyło się zbyt dobrze. Ale ostatni dzień był bardzo miły, odprowadzono mnie na pociąg do Krakowa i poczułem się kochany i doceniony.

O ile nie ma żadnych planów powrotu, pomyślałem, że może życie w Polsce też miałoby swój urok. Gorące pełne dni, rodzina, kuzynki, niebo wyżej, burze. A w Anglii tylko chłód, Brexity i kto w ogóle powiedział, że mieszkanie tutaj jest jakoś lepsze, bardziej cool, światowe. 

Kiedy palę papierosa na balkonie, dochodzę do oczywistego wniosku – moje życie było potwornie pełne zmagań i ryzykownych przygód. Niczym sezon za sezonem wciągającego serialu na Netflixie zwalczało się kolejne czarne charaktery. Ale pewnego razu po kolejnym wyczerpującym zwycięstwie ja i miłość mojego życia wzdychaliśmy „Ileż to bym dał za spokojne monotonne życie”.  I być może to był podstęp, może lekkomyślność, a może wydawało się to wtedy być dobrym pomysłem – w każdym razie doprowadziliśmy do stworzenia nowej (obecnej) lini czasowej. Jak to zwykle, be careful what you wish for, nic się nie dzieje, cudownych przypadków brak, nikt nie wypchnął na odpowiednią ścieżkę. Talenty zmarniały, a miłości życia zawsze skręcały nie tam, gdzie potrzeba. Więdnę taki nigdzie niedopasowany.

Zakończona już znajomość z polskim Markiem ukręciła łeb kiełkującej pewności siebie. A więc jestem aż tak niemęski, pokraczny. Z rozmów z panem Gburem wyszła cała prawda – nikt nie śpieszy się do kontaktu ze mną, bo jestem negatywny i nie interesuję się, jak się inni mają. Przekonałem sam siebie, że mam niedorozwój towarzyski. Na niedzielnym evencie fryzjerskim potwierdziło się, że w ogóle nie próbuję zgrać się z żadną grupą kolesi, tylko nic nie mówię, a potem dziwny żart (nikt się nie śmieje). Mowa ciała agresywno-wyniosła (od dzieciństwa). Być może to autyzm. Choć przyznaję, że to nie winna złego świata, tylko moja, to nie było nigdy moim zamiarem bycie tym niezręcznym, obciachowym, rażącym. Generalnie jestem dość życzliwie nastawiony do ludzi.

Albo raczej: byłem. Coraz bardziej mam ochotę odciąć się od ludzi, od świata. Po latach rozczarowań uważam, że za późno już, by wypielęgnować na nowo przyjaźnie. A do nowych ludzi mi się nie chce startować. Już mi nie żal, że nie walą do mnie; a sam się już też nigdzie nie wpraszam. Nie to nie. I tyle.

Ale ja cię przecież też kocham, głupi

Planuję ekspresowe wyleczenie się z tej przypadłości. Przeżyłem pana Gbura, przeżyję i polskiego Marka. Znam go tylko od roku. Czarny wtorek przeminął, ale jeszcze za wcześnie na racjonalną kurację – przykręcanie częstotliwości rozmyślań na ten temat. Na razie wchodzę do pomieszczeń wciągając za sobą wielką boleściwą szatą smutku. Dumny i zły. Siedzę na lanczu sam na ławeczce jedząc skromnie kanapkę, palę głupie papierosy i dopieszczam piękny letni balkonowy mix muzyczny, taki niemy hołd dla polskiego M. i jego milutkiego kolegi. Ich już na moim balkonie nie będzie, ale muzyka dalej będzie dla nich grać.


Dziś rano było mi niewygodnie i wysłałem w końcu wiadomość na grupowego czata, że przepraszam, ale muszę odejść – na osobisty quest – i opuściłem czat. Oczywiście można było i bez tego, ale zawsze liczy się na pełen paniki telefon „co się dzieje?!” – „Nie mogę już więcej, bo cię kocham i wszystko, co robisz w założeniu dobre, sprawia mi przykrość” – „Ale ja cię przecież też kocham, głupi”.


Jest mi wstyd, chcę się zgładzić i zrobić na nowo. Nie dałem rady wytrwać w tej przyjaźni. Ile mi zajęło przetrawianie potajemnego uczucia do pana Gbura, dziękuję, tym razem wysiadam na starcie. Drażniło to całe kontrolowanie się, żebym sobie nie wyobrażał. Przywożone materace, godziny na czatach. „This is our wedding car… To znaczy nie NASZ wedding, tylko…”. Niby to miłe, że ktoś ci nie chce robić nadziei, ale teraz te wszystkie wspomnienia, życzliwe gesty odbieram jako wyraz LITOŚCI i takie beztroskie nieodpowiedzialne zachowania, jak gdyby nigdy nic. Zdjęcia lajkował z poczucia winy, a bo: „jesteś brzydkim zniewieściałym dziwakiem, nie dotknę cię nawet kijem, więc masz chociaż lajka”. (Znam to dobrze – sam kiedyś byłem taki wspierający dla tych biedaków, co się we mnie kochali). Złoszczę się na siebie, że tak niepoprawnie odbierałem życzliwość, że myślałem, że już o tak niewiele brakuje do zakochania się – a to przecież było dawno ustalone, że nie. Prycham, że tego się należało spodziewać: milczenie potwierdza, że wszyscy się zgadzają, że nie ma innego wyjścia. Nikt walczył nie będzie. 


Martwię, że teraz znów tylko pan Gbur i jego niedostępne siostry, dla których jestem nudny i przygnębiający (hoho kiedyś to się miało kochanych znajomych, do muzyki, do picia, do balkonu…! A jak się śmiali z moich żartów? Jezu…..!!) Martwię się, że jadę do Polski na dłużej, a tam wszyscy jak ja smutni. Martwię się, że znów trzeba będzie iść na seks z kimś nudnym i się powoli przyzwyczajać, i spędzać większość czasu na rozterkach. 


Oczywiście nie ma sensu ani celu denerwować się, ani żalić, że ktoś cię nie kochał, ani rozpaczać; ale tą mieszaninę emocji trzeba przerobić, przetrwać, aż spowszednieje. W końcu złamane serce to tylko powszechne schorzenie. Jak w większości chorób trzeba być cierpliwym, dbać o siebie i być dla siebie miłym. Grupowy czat opuszczony, facebook odfollowany. Weteran wojen emocjonalnych już nie z takich się wylizywał.

Kap smętnie tym sczerniałym woskiem

Chcesz go zatrzymać, a on pędzi. Wpadnie w dłonie, zachwyci blaskiem i już poleci w mrok, zostawia za sobą smutek i smugi światła, które parzą w źrenicach, aż znów głupiejesz i zmyślasz sobie przyszłość. Wszyscy złoci chłopcy, którzy nas nie chcą, kochani, irytujący, czmychają na samą zapowiedź gestu uczucia, lekceważą od niechcenia i wysławiają się ostrożnie, żebyś sobie nie pomyślał. Być może kiedyś sami się kimś zachwycą, zwolni ich pęd grawitacja, niech martwieją, marzną, gasną i wiszą jak durne bryły lodowe!


W mózgu kluski, w sercu wstyd. Zamknąłeś niby akwen, patrzysz, a tu ośmiornica nadzieja znowu wylazła przez dziurkę od klucza, paca macką w ramię: hello. A teraz idź i wszystkim opowiedz, kap smętnie tym sczerniałym woskiem „znowu mi nie wyszło, hahaha. Ja mu to, na co on to, na co ja to”.



Tak to sobie piszę górnolotnie dla zasady, żeby zabić kwaśność emocji. Nie było łatwo wrócić do pracy po 4 dniowej przerwie, w której bardzo dużo się wydarzyło. W czwartek po pracy u pana Gbura do 4:30 rano, gdzie zachwycała mnie szczerość innych, że wciąż jestem taki „negatywny”. W piątek kac, przejażdżka z panem G. do B&Q, Asdy, sprzątanie i siłownia. W sobotę mieszkanie było świeże, czyste i pachnące i nadjechali goście, polski Marek z młodziutkim kolegą. Drinki, rozmowy, śmiech i muzyka na balkonie. Do hotelu, gdzie nadal wesoło, a polski Marek stracił czujność, gdy puszczałem „my wedding song” i zatańczył ze mną że niby jak to się tańczy. A potem na gay pride, której się poziom przez lata nie poprawił, i z powrotem. Więcej łażenia, niż zabawy, ledwo liźnięta ta gay pride. Wieczór zakończyła popijawa u mnie. Na sen udałem się po północy. Nie mogłem zasnąć do 6:30rano. Było to najnudniejsze doznanie tak nie spać i czekać.

Na drugi dzień chłopcy do hotelu, spotkaliśmy się o 12 u mnie. Trochę telewizji i polski Marek ściąga przejeżdżającego znajomego, którego potajemnie nienawidzę, oceniam jego płaską chudą klatę i czy jest bardziej CAMP niż ja. W końcu zostawiam ich w Brindley Place (polski Marek się chyba krzywo śmieje) i jadę na barbecue do siostry pana Gbura, gdzie spędzam cudownie czas, a po 8 wracam do centrum.

Na balkonie powolne drinkowanie. Chłopcy wynieśli mój bean-bag na balkon i otuleni kocami leżą. Bo ten młodziutki się tak lubi tulić. Polecam mu muzykę, skoro tylko do tego się nadaję. Nie mogę przestać machać dłonią jak Regina z „Once Upon a Time”, gdy chce się teleportować. A potem gdy młody już położył się na ten ich wspólny materac, tak śmiesznie z polskim Markiem, trzy, cztery, chwytamy się pod ramię i siadamy na bean-bag, żeby się równo ułożył. Śmiesznie – bo my dużo rzeczy robimy śmiesznie. Mam niezłe poczucie humoru, którym wabię w sąsiedztwo mych pająkowatych zniewieściałych kończyn, a do tego poczuwam się do obowiązku, gdy bawię towarzystwo i już tyle nie narzekam, co kiedyś.



Tulimy się do siebie i rozprawiamy o schematach, patternach, o tym, jak to reaguje się na kogoś i jeżeli się ściąga nieprzyjemne w odbiorze reakcje, to widać się tego chce. Czy tylko dla mnie było to tak oczywiste, o czym mowa? Polski Marek jest szczerze zachwycony trafnością mych mądrości, tym utrzymał moje iluzje, tą uwagą, wpatrywaniem się, zachwytem. Przytula mnie mocniej, obejmuję go w pasie, wtulony, przymroczony alkoholem. A potem już mi tak wszystko jedno, chwytam go za twarz i wyciskam niechętny pocałunek, od którego on martwieje w środku i deklamuję smutno: „szkoda, że nie może tak być zawsze”. Wtuleni pod kocem, w świetle lampy nad ruchliwą ulicą.



Jasna smuga, to polski Marek pędzi do snu. Nie przychodzi sobie ze mną posiedzieć w moim pokoju, kładę się spać, u mnie stan rozczarowania jest tak naturalny, że obojętnieję.



Na drugi dzień mówię im „GOOD BYE”, żegnaj. To moja podstępna okrutna tajemnica – obiecałem sobie dawno, że ten weekend będzie ostatni. Polski Marek wyszczerza swą lisią twarz w uśmiech pełen światła, wyciąga olbrzymie ręce. Kładę mu jak zwykle dłonie najpierw na piersi, by potem objąć go całkiem. A potem tup tup młodziutki kolega dołącza się. „It was nice to know you”, a oni haha. Macham im na balkonie.



A potem kaaaaap, kaaap, kaaaaap, sączy się ze mnie ciężki sczerniały wosk. Tak to znów się, stary koniu, wlepiłeś w układ „kocham – cierpię po kryjomu”, jak tyle lat z panem Gburem. Ślepo leziesz za charyzmatycznym leaderem, nie umiesz kochać ludzi zwyczajnych. Zepsułeś sobie coś w głowie, powielasz schematy, mylisz miłość z szaleńczymi porywami odrzucenia. Idź i zepsuj braterską miłość grupowego czata. 

Zawsze już będziesz sam, na drugim miejscu, Sancho Pansą dla czyjegoś don Kichota, drugoplanowa postacią w gorących serialach życia innych. Kaaap kaaap kaaaaaap.

VILLAINS NEVER GET A HAPPY ENDING… Do czasu! Hahaha

Zauważyłem, ze podobnie jak w serialu iZombie osobowość bohaterki zmienia się w zależności od tego, czyim mózgiem się pożywi, tak i ja zmieniam się stosownie do tego, co obecnie oglądam na Netflixie. Tendencję tą zauważyłem, gdy oglądałem House of Cards. Nagle łapałem się na tym, ze w pracy zaczynam zastanawiać się nad tym, co i jak powiedzieć, zeby osiągnąć swój cel… Wręcz zacząłem słyszeć w swoim głosie spokojny i dyplomatyczny głos Kevina Spacey. 

Od czterech serii oglądam obecnie namiętnie „Once Upon a Time”. Nie ma sensu opowiadać o czym jest, poddałem się i już nie polecam. Brzmi przecież idiotycznie: „postacie z bajek są prawdziwe i żyją w naszym świecie”
.

A u mnie w środku nagle polaryzacja, walka dobra ze złem. Do środków ekspresji wkradły się określenia w stylu „my evil side tells me to” itd. Z przyjemnością obserwuję, że taki „głupi” serial pomógł mi w akceptacji siebie i swoich decyzji. Tak, wybrałem ciemną stronę świadomie. Nie będę nikogo za nic winił. Ponosił będę konsekwencje swojego wyboru, za który będę siebie szanował…

Ale zacznijmy od początku. 

Wiosna przyszła. Trochę oszukiwana –  słońce swieci mocniej, ale ciepłu się nie dowierza. Zawsze coś tam zawieje i zmrozi kości. Niemniej w blasku słonecznym żyje się radośniej. Dni długie, pełne, cóż że mży. 
Maj okazał się być wyjątkowo imprezowy. Zalew tłumaczeń dostarczył drobnych na wydatki. Aż dziwi, że kiedyś jak kret po ciemku piłem wino i kręciłem się sam po aneksie kuchennym. A to jakieś wizyty u pana Gbura, ikea, kino, a to wyjścia. Wiele spotkań z Tiną i Richardem (który wreszcie ją w sobie rozkochał). Pogoda nakłaniała wszystkich. A największą niespodzianką było socjalizowanie się z polskim Markiem. Naszą wymianę smsową kto kogo i za co przełknął gładko, zorganizował szybko swój przyjazd. Który oczywiście odwołał, w odpowiedzi na co mogą wyobraźnia wymalowała seksy, randki i ekscytacje, które znów wygrały ze mną. 

Ale przyjechał za tydzień z wielkim pompowanym materacem do spania. Bo ja chrapię, a łóżko skrzypi. (Łóżko co prawda dokręciłem i ku mojemu zdumieniu, że było to tak proste, przestało skrzypieć. Może i jestem średnio atrakcyjny, ale nikt mi nie będzie narzekał na moje łóżko w moim domu!)

Pojechaliśmy po słynną Margeritę do costco. Przyznam, ze śmiały się nam mordy i popędzał nas jakiś taki imprezowy entuzjazm. W słońcu na balkoniku piliśmy drinki, słuchaliśmy muzyki, śmialiśmy się i robiliśmy selfie. Kolega sobie popalał z fajeczki rożne takie, wiec uznaliśmy, ze należy wypocząć przed głównym wyjściem na imprezę. W końcu wybraliśmy się, nieco zmięci i wzdęci do baru gejowskiego. (Wzdęcie tego wieczoru i dyskomfort odzieżowy sprowokowały u mnie dietę). 

W tym „obciachowym” gejowskim barze Village z „tandetną” muzyką jest podziemna salka z „czarną muzyką”. Ghetto. Po pół godziny rozruszały mi się kości na tańce i było miło – ale polski Marek się zmęczył i poszliśmy do domu.

„Pooglądam chwilę telewizję z tobą” mowię i bach! obok niego na dmuchany materac. A jemu palce strzelają tylko po pomarańczowych ekranach grindera. Leżę, stygnę, oglądam coś po raz drugi, a on szuka miłości tyłem do mnie. W końcu ziewnąłem głośno „aaaa…. Idę spać. Dobranoc”. 

A za tydzień zadzwonił, ze ma wolne mieszkanie u znajomych w centrum, więc czy przyjadę do Leeds, żeby tak wyjsć na miasto konkretnie.  Na stację nie wyszedł po mnie i my dark side awakened. Jeszcze moment i wracam! Ale potem… Poszliśmy na koktajle („przespałem się z recepcjonistą, to może dostaniemy dobry stolik”) i na obiad.

Poznałem jego małego przyjaciela. Polski Marek bardzo parł, ażebyśmy się zaprzyjaźnili w trójkę. Było wesoło i słonecznie. Jak tylko poczułem alkohol w swym najbliższym otoczeniu, znów zatriumfował radosny duch.

Na balkonie w tym mieszkaniu siedzielismy długo popijając i słuchając muzyki. Rozmowy szły wesołe, poważne, śmieszne. Aż zebrało oczywiście na serdeczne zwierzenia. „No to czemu ci się nie spodobałem?”

„Wiesz, tylko jedna rzecz. CAMPNESS.  No ale tylko ta jedna, naprawdę!”

Zatrzasnęło mną. Ja wiem, ze jak trzymam kieliszek wina w ręku, przeistaczam się w diwę erudytę. Była to świadoma decyzja pełna akceptacji siebie, pozwolić sobie na to. Ale czy tak na codzień aż tak strasznie się przeginam??

No ale w moim wieku się już tak nie pada w otchłanie rozpaczy. Niedawno stwierdziłem i to bez przesadnej emfazy, ze przez te wszystkie niezbyt budujące przejścia romantyczne mojego życia stan rozczarowania jest czymś normalnym, bazą startową. Nie rzucam się więc, tylko idę dalej. 

Poszliśmy na miasto, nieźle już zawiani. Nigdzie nie było zbyt fajnie, wiec wróciliśmy, a ja spać. Obudziłem się, bo stał w majtkach w drzwiach zatoksynowany. „Chodź tu mowię” i go w objęcia, tulę, głaszczę. I tak budziłem się, i znikał, i wracał. Naprzytulalem się za wszystkie czasy. A na drugi dzień na sofie jeszcze bardziej. (On najwidoczniej zrozumiał, że to cena za moją obecność w haremie wielbicieli). 

Po weekendzie głowa mi pękała od nadmiaru wrażeń. Miałem niezła historię do rozpowiadania o tym, jak to jestem „CAMP”. A tu na whatsappie idzie group chat z Markiem i kolegą pełną gębą.

I wkrótce z tego wszystkiego stanąłem znów przed dylematem. Odkryłem bowiem ku swojemu zdumieniu, ze tworzy się mi oto nowy własny crowd, nowa paczka! Mam wreszcie z kim się ładnie ubierać, opijać o drugiej po południu i jeździć, bez przejmowania się co dalej! Pyta się mnie, co robię w lipcu! Nie muszę się oglądać na pana Gbura, jego chłopaka, któremu przeszkadzam i siostry w związkach, którym się nie chce!

Było to szalenie kuszące. Triumf mojej good side!

Ale wkrótce evil side zaczęła znów oblekać mnie w ponure i wymyślne szaty. Jest pięknie, jest lato, ładnie pachnę i popijam drinki, tak, ale na jak długo wystarczy tego entuzjazmu? Przecież fakt, ze nie byłem dość dobry dla pana Marka, będzie godził w moja dumę, a za nią zazdrość, ze on sypia z super przystojnymi recepcjonistami, a ja się wstydzę, wkręci me serce w supeł.

Zdmuchnąłem swój udział na czacie przez weekend. Niech się martwi o ich pobyt w Birmingham na gay pride!! Ja milczę, ja – The evil one. Nie dał uczucia, nie dostanie przyjaźni!

I tak oto nadszedł kolejny słoneczny poniedziałek maja, miesiąca, w którym zaskakiwały mnie towarzyskie opcje. W którym czułem się silny, ciekawy i mądry. Trudno rzec, co przyniesie przyszłość. W końcu my, the villains, don’t get our happy ending!  Ale przynajmniej mamy naszą ciemną stronę mocy – pewność własnych wyborów, przyjemność z naszych małych ciemnych codziennych sprawek. 

Przyznaję, piłem, przepraszam, pardon!

Po pobieżnej lekturze ostatnich wpisów uznałem, że należy się Tobie, a i mi też sprostowanie. To nie tak, że cały mój ostatni rok kręcił się wokół polskiego Marka. Wchodzę na bloga teraz i piszę tylko wtedy, gdy sinusoida nastrojów przechodzi przez swoje minimum, bo pamiętam, że spisywanie smutków powoduje ich natychmiastowe złagodzenie. Zresztą jest to fakt powszechnie rozpoznany przez psychologów na internecie.

On się pojawiał co jakiś czas w moim życiu i pozostawiał po sobie wachlarz refleksji. Otóż było miło czuć się w czyimś towarzystwie tak szampańsko. Na tyle, że wszystkie potencjalne usterki; niedociągnięcia seksualne, wizualne uchybienia ciała, smutki, małe dziwactwa, odstępstwa od normy znikały. Znów pojawiała się wiara w prawdziwą miłość, co, jak wiemy z filmów i lektur, przychodzi niezasłużona, niespodziewana. Skoro ja widziałem ją wyraźnie, wisiała magicznie w powietrzu namacalna, to nie mogło być, że to tylko ja.

A potem proza życia i Miszka odpisuje w smsie: czemu się tak ciągle powtarzasz, że jesteś rozczarowany? Przecież zawsze było wiadomo, że on się chce tylko kumplować?

W piątek obudziłem się na kacu i zakasałem rękawy do sprzątania. A tu smsy od Marka, że szybko, na jakiej aplikacji może sobie dorobić mięśnie na brzuchu? (Skoro ze mnie taki wirtuoz poprawiania fotograficznego). Ponieważ przez ostatnie dni godziłem się z faktem, że on nie planuje ze mną romantycznej przyszłości, dokonałem prostej kalkulacji. Skoro kontakty z nim przez moment piękne kosztują mnie potem tyle rozterek, w ostatecznym rozrachunku utrata tej znajomości – a ile to ludzi przyszło już i zniknęło z mego życia – okazać się być może wręcz korzystna. Odpisałem mu zatem nieco kąśliwie, że wie przecie,ż jak bardzo mi się podobał (czas przeszły zamierzony), więc może to trochę za wcześnie i niezbyt delikatnie prosić mnie o pomoc w imponowaniu jakiemuś perfekcyjnemu panu?

Marek był bardzo zaskoczony. Nie wiedział. A więc ta cała magia, co tak iskrzyła, iskrzyła tylko mi. I po raz kolejny miałem rację (powiem to wbrew internetowym psychologom): mi się takie rzeczy nie przytrafiają. Haha, ale głupio i kontakt się urwał. Czy płaczę i rwę szaty? Właściwie nie. Co jak co, ale wypuszczać ludzi z życia umiem naprawdę dobrze. Czy przykro mi, że ktoś interesujący z wyższej półki z miejsca w ogóle nie ujął mnie w kategorię romantyczną? Trochę tak, ale sam odtrąciłem tyle osób, że wiem, że żadne to uogólniające kryterium.

A przy okazji okazało się (a ciągle zaskakują mnie takie odkrycia), że ludzie świetnie się czują w moim towarzystwie, mój dowcip, inteligencja i maniery są na wysokim poziomie. Tylko wstyd, że pozwoliłem sobie na wyważanie drzwi z sytuacji bez wyjścia w stylu: aha! nie pisze, bo przyłacza go rozmiar uczuć do mnie. Obiecuję następnym razem trzymać wyobraźnię w ryzach. Jak reszta ludzkości zostawić sytuację w momencie „być może coś z tego będzie” i pozwolić komuś na wykazywanie inicjatywy, a nie powracać po wielokroć, by na sto milion procent upewnić się, że ktoś mnie romantycznie aż tak nie pragnie. I brzmi to cudownie dramatycznie: słuchaj, zabiłem wczoraj piękną przyjaźń.

Słuchaj dalej, naprawdę nie wiem, czemu w moim życiu nic się dzieje, jak powinno. Wiem od dawna, że jest to coś w mojej głowie, a nie w okrutnym świecie, który się na mnie uwziął, ale wiedzieć to jedno, a znaleźć plan działania, to całkiem inna kwestia. Czy pomogłaby terapia? Powiem jedno, idź i próbuj coś takiego sobie wyprosić.

Znów miałem wolny piątek i wolny poniedziałek. Wysprzątałem, byłem na siłowni, poprałem, zrobiłem zakupy, jadłem, oglądałem seryjnie seriale na netflixie. A dziś wieczorem piję wino. Zacytuję wręcz za Frankiem Kimono, którego rewelacyjną płytę z lat 80 odkryłem niedawno:

Z trudem niestety łapię pion,
Przyznaję, piłem, przepraszam, pardon!

(Płyta ta powala mnie niesamowitą produkcją, elektro bitami, sprytnymi tekstami, interesującym slangiem z lat 80. Domyślam się, że była to pewna parodia być może oddająca bardziej realia polonijne niż polskie i ciekawe jest, że z perspektywy czasu ten wtedy skoślawiony obraz dzisiaj odbieramy jako panujące wtedy realia dyskotekowe.)

Chciałem pić wino? Nie chciałem. Chciałem iść na miasto w noc. Dzień mi jednak zszedł na ogólnie przyjętym „celebrowaniu samego siebie”. Od dawna nie polegam już na nikim w sferach spędzania czasu wolnego. Doceniam i przydarzają się często momenty towarzyskie z kochanym panem Gburem, jego chłopakiem i siostrami; Tiną i innymi, ale dziś bawię się sam.

Tak więc obecna codzienność jawi mi się jak w tych wszystkich serialach na Netflixie – kiedy ktoś zrównoważony i z gruntu dobry za chwilę sparzy się tak, że zamieni się w demoniczną postać. Nudzę się, człowieku, a nie wiem, jak to zmienić. Talentów nadmiar, ale brak ambicji, brak chęci działania i wiary w siebie. Żywot mój przeminie na pół gwizdka.

Ale ponieważ jest to sprostowanie, a nie oficjalny wpis, umówmy się. Polski Marek pojawiał się tylko dokładnie wtedy, gdy o nim wspomniano na blogu. Codzienność wypełniają rzeczy miłe, rzeczy wesołe, kupa śmiechu i jakieś takie pędy radości, o których nie trzeba pisać, bo się je przeżywa.