Archiwa

Pouczające lato Łazidła Rozlazidła i Drzazgi Wydziwiazgi

Po 2 tygodniach ignorowania Marka (żeby to się tak dało ignorować go w myślach!) w końcu probował się dodzwonić, nie odebrałem. Przysłał więc rozdrażnioną wiadomość, że zachowuję się dziwnie. Odpisałem z klasą, że jestem w Brighton i że zaczatuję do niego po powrocie.

„To jesteś tak zajęty, że nie masz czasu nawet chwilkę porozmawiać?? Zwłaszcza że jesteś cały czas na telefonie!”

Poczułem coś na kształt satysfakcji, że wreszcie przekonał się, jak to jest. Jeszcze mam świeżo w pamięci, jak świrowałem w Polsce, gdy czułem, że wchodzi na jakąś inną, obcą mi orbitę (kogoś).

Na drugi dzień wysłałem mu sms z wyjaśnieniem, wersja B. Wersja A była dużo bardziej wylewna i mówiła o złamanych sercach i byciu żałosnym, wersja B była bardziej oschła – o tym, że tak samo się czułem, że byłem zły; że skupiam się na sobie i pozytywnych rzeczach, a on teraz kojarzy mi się z negatywnymi; że ma mi dać czas i albo się będzie chciał potem przyjaźnić, albo nie.

Odpisał, że tak trzeba była od razu. Strzała.

Oczywiście od razu okazało się, że wolałem jak szukał kontaktu, niż poddał się bez walki. (Tak to już sobie, my odrzuceni, bzduramy, że ktoś nagle zapała i zawalczy, a tam przecież dzieją się już zupełnie inne najważniejsze romantyczno-seksualne przygody).

Na trzeci dzień w pracy niechcący zadzwoniłem do niego. Po południu odpisał, czy dzwoniłem. Krótka wymiana zdań, w której wymsknęło mi się „I miss you” (bo mi go szkoda). Ale po kilku zdaniach uciąłem to.

Nie wiem, co mi się stało. Bardzo tęsknię za nim. Wiem, że gdzieś tam jest i może chciałby, żeby było jak dawniej. Martwię się o niego. Zastanawiam się, czy skoro tak mi źle, nie wpuścić go z powrotem do swojego życia. I tak o nim myślę ustawicznie. To zadziwiające, że można się tak czuć blisko z kimś, wręcz czuję jak oddycha po drugiej stronie whatsappa. Wiele mi się z nim kojarzy. Przypominają mi się miłe momenty. Jak machał na pożegnanie z samochodu jak Gill. Patrzyliśmy się ciepło na siebie w porozumieniu. Jak w jego oczach było widać przywiązanie. Jak starał się. Jego duże nagie ciało i trąbka. Głaskanie po głowie. Chyba cały czas jestem w szoku, że to koniec. Irytuje mnie też, że to nie musi być wcale koniec, bo on tam gdzieś jest i czeka.

Ale czy czeka? Może ja sobie to wszystko wyobraziłem. Może nie było żadnego okresu, w którym postanowił skupić się na mnie. Teraz jestem inny, ale byłem, jaki byłem. A byłem, jaki byłem, bo on był, jaki był. Niedostępny, rozdrażniony, zawiedziony. Parłem w to panicznie, bez rozsądku, bez planu, bo było to jak wyszarpywanie ochłapów, nie wiadomo kiedy nastrój mu się zmieni.

Było ich troje takich w moich życiu. Mordka (pierwszy chłopak), Borsuk i teraz on. Łączy ich młodzieńczy urok, energia, zaradność i wesołość, ciekawe pomysły, serdeczność w zwracaniu się. I to, że wymykali się z rąk, więc byli super cenni. Gdy próbuję zastosować jakieś co ciekawsze metody wybijania sobie z głowy, wyobrażam sobie, że to jest pan iskierka, duszek, który wskakuje w różne ciała; kiedyś więc wskoczy w ciało kogoś, kto mnie zapragnie. Pozbywając się Marka z życia, nie tracę tego serdecznego duszka, po prostu złapię go innym razem. A ja sam będę wtedy wesoły, luzacki, kochany i interesujący, wzajemność sprawi, że rozkwitnę, jak mężczyzna, którym jestem, a nie takie łazidło rozlazidło.

Gdy mi żal Marka, że podły ex-przyjaciel (ja) każe go za zdradę stanu, przywołuję niemiłe momenty. Oraz nowego kolegę „kończę, bo są tu ludzie”. Buhuhu, możemy się przymilać, wyznawać sobie i opowiadać, no ale czas na nas, Marek wstaje, otrzepuje się i pędzi do nowego kolegi. A tam już nie ma problemów z popędem seksualnym, tam się wszystko robiło od początku, jak należy.

Jakoś za bardzo wciąż akceptuję fakt, że ludzie zawodzą. To, że nowy kolega zamachał kutasem, więc odpechnięto mnie tak, że jak w japońskich kreskówkach przeleciałem przez las wyrywając drzewa z korzeniami, nie dziwi, tylko boli. Zauważ, w smsie do Marka nie napisałem „jakoś sobie poradzimy”, automatycznie uznałem, że to mój problem, to ja się uporam, to ja to załatwię.

I teraz trochę mi się nuży w tym tygodniu. Czasami poprzez aplikację do hipnozy czuję się już taki wielki, wspaniały, mądry, kreatywny, zabawny i ciekawy, a i koledzy na czatach wmawiają, że jestem hot, gdy przyśle im się zdjęcia mojego wychudzonego ciała z zapowiedzią muskulatury; ale często niecierpliwię się i muszę się dźwigać. Chociaż czuję, jak się nakręca wektor zmian, to ciągle jeszcze za mało się dzieje. Poskakałoby się, pośmiało, poszalało po salonach, ale ciągle jeszcze sekwencja ta uruchamia się tylko w szczególnych warunkach. Jeszcze nie opracowałem planu na przewroty życiowe.

A Brighton było naprawdę fajnie. Czekałem na ten wyjazd od dawna. Już w pociągu troszkę się opiliśmy z panem Gburem, a pan obsługa pociągu w pierwszej klasie dał nam do wykończenia butelkę wina. Przez przesiadki i metro w Londynie przelecieliśmy szybko, ordobinę chwiejnie i do Brighton dojechaliśmy po południu.

Nie zaprzeczysz, że gdy nagle otwiera się przed tobą morze, czujesz, jak wlewa się do duszy spokój. Nawet takie wzburzone, bo wiało nieźle. Niestety lata u nas było tylko 2 tygodnie, a teraz to już tylko wieje i mży. W pokoju hotelowym było prosecco, zdjęcia z lampką do selfe z Chin, oraz muzyka. Wieczorem wyszliśmy do barów gejowskich, gdzie ludzi za dużo nie było jeszcze.

Mam takie wideo na telefonie, gdzie ja się drę „Chcę już iśc do domu”, a pan Gbur na to: „One more drink!”. „Ale ja chcę iść do dooomuuu!” „One more drink!”.

Poszedłem zagadać jednego gościa „Hey, how you doing?”, a ten uciekł. Pan Gbur powiedział, że to nie tak, że się flirtuje.

Na drugi dzień cieplej. Śniadanie w hotelu, a potem zakupy w Brighton. Na siłownię poszliśmy razem i też to była pewna taka radość i to jeszcze satysfakcja, że niezły wycisk. Zapachniało mi chlorem, więc postanowiłem, że wejdę do basenu! Było to dla mnie wyzywające novum, rozbierać się publicznie, nie krępować, epatować nagością. Aż tak. Co prawda wpadłem pyskiem na wodę do hot tub, bo akurat bulgotało i nie było widać dna; ale swoje się wybulgotałem. Jak super sexy luzak wróciłem do pokoju windą owinięty ręcznikiem.

Wieczorem dołączyła koleżanka i znów wyszliśmy na miasto. Tętniło życiem bardziej, aczkolwiek ciągle to tylko młodzież. W końcu znaleźliśmy pub dla ludzi w naszym wieku! (40+).

A potem doszedł taki kolega Włoch, z którym kiedyś pracowałem (blondyn). Mieszka od jakiegoś czasu w Brighton i zdziwiło mnie, że chce się zobaczyć, bo się nigdy przesadnie nie kolegowaliśmy. Okazało się, że jest szalenie miłym i energetycznym chłopakiem, a przy tym nie zapominajmy o jego wielkich pełnych wyrazu oczach….. Umówiliśmy się, że ja będę zagadywał dla niego laski, a on mi facetów….. Tyle że energii miał bardzo dużo, zdawał się spijać ją z podrygujących gejów w dyskotece kolejnego baru. Ciągnęliśmy się po zatłoczonym parkiecie, aż w końcu zaczął tańczyć z pewnym podskakującym Litwinem (niby to dla mnie).

„Why do you want to go? This Lithuanian guy was hot!”

Gdyby nie pozostali, zostałbym z nim dłużej. A tak to jakoś tak obejmując się już szliśmy po kebaby. Znów mnie, drzazgę wydziwiazgę, zachwyciło, że ktoś się tak ze mną szczerze koleguje! No ale nie zapominajmy, że jak to kolega przyznał, że gdyby był gejem, to bardzo bym mu się podobał….

Poczułem, że nagle chcę mieszkać nad morzem i chodzić na serfing z kolegą Włochem! Zostawić brudne Birmingham i płaczliwą przeszłość za sobą!

Także nieźle się wybawiłem i spędziłem dużo czasu z kochanym panem Gburem. Bardzo się do siebie zbliżyliśmy i jest to dla mnie ogromny komfort. Znów poszerza mi się percepcja, czasem widzę, że to już nie ten układ co kiedyś, pępkowo-światowy z mojej strony – „patrzcie, jaki jestem rozkoszny!”, on też patrzy na moje reakcje, też chce aprobaty, też chce interakcji, więc staram się dla niego bardziej.

I to też jest jakieś kolejne novum tego super pouczającego lata.

Długi okropny lipiec

Powiem tak. Cieszę się, że ten długi okropny lipiec się skończył. Wyszarpałem się za wszystkie czasy. Nigdy nie przypuszczałem, że tak potrząśnie mną sytuacja z Markiem. Wczepiła się pazurami w codzienność na wszystkich możliwych poziomach. Kiedyś nazywałem to jeżdżeniem dupą po żużlu.

W zasadzie cały miesiąc w rozmowach z Markiem trzymałem dystans. Była to pochodna wielkiego odrzucenia, które zaczęło się od rzuconej niedbale w samochodzie w Leeds uwagi: “Będę szukał nowych znajomych”. Nie wiedziałem wtedy, że znaczy to “koniec z tobą jesion i z twoimi fanaberiami”. Potem było “skupiam się teraz na sobie”. Potem było wielkie znikanie i dziury w przeszłości. “Już nie możesz mi mówić, że tęsknisz”. “Przestań być sentymentalny”. “Hi hi hi po prostu już nigdy nie będzie seksu, is this clear??”. Potem okropna zażyłość z nowym kolegą, która zepchnęła mnie na peryferie uwagi.

Dwa tygodnie temu zacząłem obsesyjne szukanie ludzi na seks. Pewnego ranka zaprosiłem gościa, który wyglądał okropnie, ale skoro rzekło się “A…”… Był też nieco dziwny facet, który wyglądał dużo starzej i bardziej sucho niż na zdjęciach. Skończyliśmy u mnie w mieszkaniu i nie wiem, czy to mój mały rozwój seksualny, czy co, ale seks był niesamowicie satysfakcjonujący. Zrozumiałem też, co Marek miał na myśli mówiąc, że rozprawianie na temat seksu nie jest atrakcyjne – zraziły mnie jego rozważania na ten temat. Dwóch młodych gości odwołało, co jest dość irytujące, jak trzymasz dietę cały dzień na wszelki wypadek… Może dzieciaki teraz naprawdę nie potrafią się skupić na jednym facecie w tym zalewie nagich torsów na czatach?

Było mi dość trudno odwołać przyjazd Marka. W końcu oderwał się od nowej rzeczywistości na tyle, żeby poświęcić mi czas. Jednakże dodał, że da mi ostatecznie znać, bo musi iść do lekarza w związku z infekcją, bo chodzi co 5 minut do toalety…..

“Jak złapałeś infekcję?”
“Tego się nie łapie, leżałem nago z włączonym wentylatorem”

Aha. Auć.

Moja interpretacja faktów: do końca nie wiadomo, czy jednak nowy boyfriend będzie miał czas czy nie…. Dziewczyny z samochodu, którym wracam z pracy nakrzyczały strasznie na mnie. “Robisz taki postęp! Wszystko zrujnujesz, jak się z nim zobaczysz! On i tak nie przyjedzie, a ty będziesz siedział zły i się zastanawiał”. Koleżanka Andrea z pracy, którą pocieszałem po zerwaniu niezwykle mądrymi uwagami i cennymi myślami, też była absolutnie przeciwna. “Oh, I hate this guy!”.

“Ale ja chcę zobaczyć jego twarz ostatni raz! Tęsknię za nim!” – jęczałem niby to na żarty.

W końcu z ciężkim sercem najbardziej lekkim tonem, jakim to możliwe, zasugerowałem, żeby nie przyjeżdżał. “Nie chcę, widzisz, odwoływać planów, siedzieć i czekać do ostatniej jak ten pan Cipa. Następnym razem się uda”.
“Chcę przyjechać, ale muszę iść do lekarza”
“Idź, idź, może to coś poważnego”.

W pewnym momencie minionego tygodnia zorientowałem się, że mój nastrój jest silnie uzależniony od tego, czy jest kontakt z Markiem, czy nie. A z kontaktem było różnie. Ja sam zaprzestałem, bo często było tak, że nie odbierał, że był zajęty, że musiał kończyć, że ktoś inny dzwonił i nagle rzucał mnie, bo przecież jak tu powiedzieć komuś „oddzwonię potem, bo rozmawiam z przyjacielem”. Tak też było, gdy na jego żale, że ja nigdy sam nie dzwonię, tylko zawsze on (!!), zadzwoniłem na wideo. Czarny ekran. „Śpię już”, po czym rozmowa nagle przerwana. Pół godziny rozmowy z kimś innym.

Moj lekki ton smsa odwołującego spotkania spowodował mały renesans. Mieliśmy uroczą rozmowę wideo, w której uśmialiśmy się tak, że aż się popłakaliśmy. Wszystko przez piloty do apple tv na oku. Marek sobie przyłożył, i ja od razu też. Był to mały hołd dla naszej przeszłości.

Przeszłości, bo co to teraz byłaby za przyjaźń. Wszystkie filmy wyoglądał z kimś innym. W karty gra z kimś innym (pamiętne zdjęcie na instagramie). Nagle musi kończyć rozmowę. Nagle ktoś inny dzwoni. Nie pali się do przyjazdu, jak się tu więc nacieszyć. Jedyne o czym może mi powiedzieć to praca, bo wyczuwa chyba, że temat kolegi Roba skręca mi kiszki, a wszystko przecież kręci się teraz wokół kolegi Roba. Co to za przyjaźń, w której nie można poopowiadać przyjacielowi, jaki nowy kolega fajny. Co to za przyjaźń, gdy ci potwornie wstyd, że ktoś musi omijać temat nowego kolegi, że ponieważ od dwóch lat robiłeś fochy, zakłada, że jesteś poraniony, poobrażany. I znów zamiast być cierpliwy, znów mieszasz i psujesz. Wstyd!

„Spałem wczoraj u kolegi Roba”, próbował go kiedyś niedbale wkręcić do konwersacji.
„Rob musiał przyjechać i mi pomóc ze sprawozdaniem do pracy”
„Wiesz, jest mi bardzo smutno przez tą sytuację w pracy, bo Rob wczoraj siedział u mnie PIĘĆ godzin i mi sprawdzał”.

Aha. A nie jest ci choć trochę smutno, że JA tak bardzo chciałem ci pomóc w sytuacji w pracy i tłukłem ci to głowy mądrości i techniki radzenia sobie, i inny punkt widzenia?

W końcu zrozumiałem, dotarło do mnie. Toż to sytuacja, jak wiele lat temu, gdy pan Gbur zaczął związek ze swoim facetem. Skręcało mnie z zadziwienia, że jak to, ja od wielu lat przyjaciel jestem mniej ważny?? To mnie się odstawia, bo co sobie potencjalny partner pomyśli? Facet, który cię tak trochę zawsze poniewierał, lekceważył, nagle dla kogoś się wręcz strachliwie stara?

„I have to finish because….. people are here with me”, powiedział na zakończenie rozmowy w samochodzie. To, że przełączył się na angielski, otworzyło mi oczy.

Naturalna obsesja nowym facetem, strach, że się zabierze i zniknie. Podczas gdy ty siedziesz i wypłakujesz oczami rozpaczliwego jesionka, żeby stać się potężnym męskim drzewiskiem, zadziało się tam tyle pięknych rzeczy. Zawiązała się więź. Opowiada się szczerze o nieatrakcyjnych problemach w pracy. Śpi się nago przy wentylatorze. Tyje się i nie przejmuje tyciem, bo pełna akceptacja. Niesamowite zbawienne zgranie ciał i dusz.

W sobotę postanowiłem iść na wielkie comiesięczne gay party XXL. „A gdzie idziesz?”. „A z kim?” „A z panem gburem?” „A sam idziesz?” – mile mi łechtał ego pytaniami. „Pokaż mi zdjęcie w co się ubrałeś”.

„No i jak było?” Missed calls.

A ja już cały oschły. Zrozumiałem, że cokolwiek nie mówi, dopóki jest kontakt, zawsze wyszarpię z dziury jakiś strzęp nadziei. Rzucę się jak psisko po ochłap.

„Oooo, to te aplikacje na hipnozę aż tak na ciebie działają? A są na to, żebyś miał kasę?”

A już cały szczęśliwy, bo kocha! Bo wróci! To tylko moje długi go powstrzymują!

Zawsze wykazywałem się wytrwałością w wyszukiwaniu nadziei.

A tu, w świetle wszystkiego wyżej wspomnianego dotarło do mnie. Mój biedny mały Marek cieszył się, że się wyciszam. Że się ładnie ubiorę i kogoś wyrwę. Że wreszcie wrócę, znów będę się uśmiechał na rozmowach wideo, paplał sobie i opowiadał wesoło. Będzie można bezpiecznie i aseksualnie pić razem i śmiać się, aż rozbolą brzuchy.

Nie, nie, nie!

Ciągle mi jeszcze żal, że mnie nie chciałeś.

Miałem ci wysłać projektor świateł, który wreszcie przyszedł z Chin i napisać list. Miałem w nim wytłumaczyć, że odsunąłem się, bo nie da się wyprzeć jednych emocji, a innych nie. Nie mogę tęsknić za piciem, śmiechem, jaki byłeś miły, starający się, entuzjastyczny, jak fajnie było mieć kogoś do rozmów; a nie tęsknić za twarzą, ciałem, sypialnią, całowaniem, czułością. Miałem napisać, że nasz wieczór relaksujący był jednym z najlepszych wieczorów w moich życiu i żebyś używał tego projektora w jakich chcesz celach.

Zdecydowałem, że nie napiszę, nie wyślę. Wszyscy krzyczą, żebym cię zostawił, zablokował na jakiś czas, bo inaczej nigdy się nie pozbieram – skoro tyle ludzi tak sądzi, to chyba mają rację (chociaż tylko ja wiem, jaki jesteś kochany).

Tęsknię za Tobą cały czas.

Przepraszam, że prawie jakby mściwie skrzywdziłem Cię, gdy zaczyna Ci się w życiu coś nowego, potencjalnie pięknego.

Ja na razie nie daję rady i myśl o tym, że moglibyśmy kiedyś być przyjaciółmi i tylko tyle, nie jest na razie tak świetna, jak być powinna, jak na to zasługujesz.

A ja szprycuję się aplikacjami do hipnozy na wszystko, co możliwe. Ku mojemu zdziwieniu czasami wręcz chcę się podołować, posmucić, a tu przeprogramowany mózg wypycha mnie w dobre samopoczucie. Czuję się piękny, mądry, atrakcyjny, wyjątkowy. A do tego pozytywnie nastawiony do przyszłości. Czasem z zaskoczenia zachwyci mnie piękny widok. I często jest tak, jakby może tuż za zakrętem czyhały już piękne niespodzianki losu.

Poradzi sobie

Nie przyjechał na moje urodziny. Taki był wymęczony, chciał odespać. Niemniej w piątek poszedł na imprezy, spał gdzieś tam.

W dzień urodzin starał się, dzwonił. Na dobranoc nieco pijany wysłałem zaczepliwy komentarz: dzięki, ze oderwałeś się od boyfrienda na tyle, żeby pamiętać o moich urodzinach.

Na drugi dzień musiałem się znów telefonicznie tłumaczyć. Wymyślać, jak to to zniknął i spanikowałem. Sytuacja powróciła do normy: ja jestem zbolałym popychadłem, którego trzeba pocieszać, zapewniać, sztorcować. Przyjaźń została przywrócona, na przykład mógł już sobie zacząć opowiadać jak to nocował u frienda Roba.

Nic z tego kochany.

Robiłem się coraz bardziej oschły przez kolejne rozmowy. W końcu to on zaczął ten trend, ze nie można się dodzwonić, nie odpisuje. Nie było już swobody kontaktu.

Całkiem niedawno zadzwonił więc ze skargą, że tylko on dzwoni, a ja nie.

Po kolejnych dwóch dniach przysłał smsa z obserwacją, że jak on nie zadzwoni, to ja się nie odzywam. Wobec czego życzy mi miłego tygodnia.

Nie to, że wstępnie umawialiśmy się na ten weekend, więc mu na rękę, bo jak tu opuścić na całą noc nowego super męskiego kochasia.

Odpisałem I kept myself busy with stuff, I feel it’s time to focus on myself.

Nie zmienia to faktu, że bardzo za nim tęsknię. Ale dociera do mnie pewne poczucie wolności, że nie muszę się już starać być kim nie jestem, ani zamartwiać że nawaliłem.

Stworzyłem sobie jakąś głupią fantazję, że jesteśmy razem, zaspokajam go seksualnie i jestem całym jego światem. Nikt mnie o to nie prosił.

Więc chodzę sobie taki tragiczny, ale też często jest mi po prostu dobrze. Oglądam stare nagrania video i tęsknię za starym sobą, samotnym ale pogodzonym ze sobą. Hipnotyzuję się pozytywnie. Planuję.

Dziś mózg chciał mnie oszukać. Zaczęło mi się Marka bardzo robić szkoda, że go tak odstawiłem.

Dopiero musiałem sobie przypomnieć, że co drugi dzień spędza noc w objęciach kochasia. Poradzi sobie.

A ja piję wino na balkonie.

W zawieszeniu

Cały czas jestem rozwalony. Nie jest to takie przyjemne poczucie tragizmu, gdzie się siedzi i wzdycha, a potem i tak zastępuje go przyjemny rytm wieczoru. Jestem zdruzgotany. Budzę się i od razu przyłażą fakty. Płaczę tak od przepony. Próbuję zaczepić się paznokciami o jakieś przyjemne plany z przyszłości i nic. Pocieszam się jaki to jestem świetny i jak to będę chodził na randki. Analizuję, ile to się przez Marka w życiu nadenerwowałem. Jaki jest podły, jak mi odmawia prawa do emocji.

Najgorsze jest to, że wierzę, że samopoczucie można zmienić siłą charakteru. Pamiętam, że zawsze się jakoś otrząsałem ze smutków, a tym razem się nie da. W ogóle.

Co prawda do pewnego stopnia można uwierzyć, że rzeczywiście ma okropną, poniżającą sytuację w pracy, ale to nie tłumaczy zmiany w naszej relacji. Zapomnij o dzwonieniu i smsowaniu kiedy chcesz. Zignoruje cię. „Jutro mam ciężki dzień, więc już nie zadzwonię”. „W weekend będę spał i odpoczywał”, po czym łazi na imprezy z kolegami o obcych imionach.

Brak mi rozmów po 10 razy dziennie i doniesień na bieżąco, ale sam juz nie dzwonię. Nie odbiera a potem zawsze ma jakąś dziwną wymówkę. Znika, czuć że zawsze gdzieś się wybiera, w wielkiej zażyłości z nowym kolegą, spontanicznie decyduje przenocować, spędzać czas razem.

Kiedy już zadzwoni, jest taki w pośpiechu, robiący łaskę. Zapytałem go wprost o nowego faceta, ale się wymigał, jak to on, skupiając na fakcie zadawania pytania a nie na odpowiedzi. Musiałem odkręcić swój pijany komentarz z przegranej pozycji i Marek pytał czy to jasne, ze jesteśmy tylko friends i że nigdy nie będzie seksu.

Rzeczywiście z takiej perspektywy tylko friends nie jest jakby ważne czy on kogoś ma, czy z kimś sypia.

A mi kochającemu po cichu jest potwornie egoistycznie żal, że wypełnił sobie życie i już mnie nie potrzebuje. Że nie rozmawiamy przed snem. Że przestał opowiadać, co robi. Że nie przyjechał na urodziny. Mieliśmy być best friends forever and ever. Mieliśmy robić to i owo „następnym razem”. Miały być następne razy. Miałem być najważniejszy. Nie mogę nawet zgłosić pretensji o zmianę naszego statusu, bo jesteśmy „tylko friends”. Nie mogę okazywać rozczarowania, że znów zmienił plany, znowu nie zadzwonił. Że nie przeszkadza mu zmiana naszej relacji. Jeszcze bardziej się zniechęci, odzwyczai.

A mnie po prostu przeraża mnie powrót do samotności przedmarkowej. Byłaby to świetna okazja do wzięcia się w garść, wyrwania się z takiej mało ambitnej egzystencji, do zwiększenia kontaktów z ludźmi, którzy mnie lubią, znalezienia nowych znajomych, ale na razie brak mi energii.

Wolałbym, żeby całkiem zniknął z mojego życia.

W oczekiwaniu na poranek, w oczekiwaniu na nowe dni

Pobyt w Polsce dobiega końca. Śpię kompletnie wybudzony. Co noc budzę się o 3-4 rano i nie mogę usnąć. Podejrzewam żyłę wodną.

W tej surowej i smutnej Polsce, gdzie ludzie się starzeją i gdzie panoszą się rozczarowania, udało mi się utrzymać codzienny rytm ćwiczeń na strychu. Brzuch mi zmalał, a ciało zrobiło się prężne, ubite (zwłaszcza plecy). Do tego opalenizna i gotowy jestem na nową drogę życia.

Nieźle mi dał popalić Marek. Skończyły się godzinne pogaduchy, a zaczęły przerwy w życiorysie. Choć uzyskaliśmy parę razy pozory rozmowy w starym stylu, starannie unikał odpowiedzi na tematy „co robiłeś?”, „co planujesz?”, a wręcz się złościł. Gdy zadzwonił wtedy znad jezior, zręcznie wspominał, ze wraca do ludzi, których tam poznał, dopiero zdjęcie podejrzane na jego instagramie pokazało dzbanek z pimmsem i DWIE szklanki oraz tajemnicze kolano.

1. Znalazł nowego faceta.
2. Znalazł nowego przyjaciela do pogaduch i wyjazdów.
3. Ma mnie już ogólnie dość, bo jestem namolny.

Nie było łatwo zaakceptować ten fakt, przechodziłem przez złość, niedowierzanie, nadzieję, upokorzenie, rozpacz. „Czemu mi nie powie, że kogoś ma??!”. Jak zwykle jesionek panikował, gdy nadchodziły fronty zmian.

Oczy me lały łzy razy kilka, aż wypłakałem w końcu całkiem tego biednego rozpaczliwego jesionka. Coś mi zhardziało w mózgu, codziennie sesje wspierające z Kasią przez telefon uczyły obserwowania na chłodno. Wczorajsza rozmowa z bratem też mi wiele dała do myślenia. Jeżeli nie możesz być przy kimś sobą, to i tak nic z tego nie będzie.

A przy Marku nigdy nie było można. Teraz złości się na rzeczy jeszcze bardziej dziwne niż zazwyczaj. Dzwoni jakby z obowiązku. Zapomina się, weseleje, a potem chmurzy się nagle. Ktoś tam dzwoni i przerywa rozmowę. „Zadzwonię wtedy i wtedy” i nie dzwoni. Robi łaskę. „Po prostu dzwonię, żebyś nie mówił potem, ze o tobie zapomniałem” – i przypomina mi się jak wtedy po pijaku w Anglii prosiłem go o to, jak ta mała pizda. („Dla ciebie pan Pizda!” – to taki nasz stary żarcik z czasów, gdy mieliśmy „nasze” wspólne żarciki i przyszłość wydawała się wspólna i pewna – choć niepozbawiona pewnej takiej irytacji).

Coś się zmieniło, coś pozłościło, pan szukający poklasku nie ma ochoty na mój poklask. Było mi przykro, że po tak szczerej i pełnej zapewnień przyjaźni, nie stać go było na potraktowanie mnie poważnie i z szacunkiem. Uciekł, odmówił wyjaśnień.

Po tym całym soul-searching minionych dni razi mnie, że Marek traktuje mnie wciąż jak tego małego jesionka, który ma oczekiwania i którego łatwo zranić. Już nie mam. Wszystko się zmieniło. Wyszedłem z tego pewniejszy siebie, z planami na przyszłość (potencjalnie bezmarkowymi) i z płaskim brzuchem, który chcę obnosić na salonach. I obojętnie co się stanie, najważniejsze, że odnalazłem w sobie tą siłę, chociaż chodziłem już koło czarnej studni.

A on? Niech zraża mnie do siebie jeszcze bardziej, proszę.

Niemęski czerwiec (uderzyło mnie)

Mój polski kolega bardzo wściekł się na nasze zerwanie. Chodziłem po świecie czerpiąc siłę z pewnego takiego dramatyzmu sytuacji oraz z tego, że była to moja, a nie jego decyzja, aż w końcu odezwał się oschle, ze przyjedzie w takim razie zabrać swoje rzeczy. Wystraszyłem się i nagle okazało się, że to ja już wybieram przyjaźń niż takie perspektywy samotności bez niego.

Nie było łatwo, ale w końcu udobruchałem go i łaskawie przyznał, że ok, no to jesteśmy przyjaciółmi i nagle znów nastała w moim życiu wiosna. Byłem tak szczęśliwy, tak pewny, że wystarczy mi tylko przyjaźń, że wbrew mym zapewnieniom wyjechałem od razu znów do Leeds, choć miałem nie rwać się do ponownego widzenia się.

Cieszyłem się bardzo. Wieczorem Marek zorganizował piękny wieczór sensoryczny. Była muzyka relaksująca, światła i dmuchał na mnie bankami mydlanymi. Kontynuacja odbyła się na drugi dzień. Udekorował łazienkę światłami i nalał mi wody do wanny, bo mielismy brać sensoryczną kąpiel.

Skończyło się na tym, ze w końcu i on wszedł do wanny. Było to piękne długie relaksujące przeżycie. W końcu położyłem się na jego piersi, wkrótce zaczęliśmy się całować i doszło do pięknej sceny erotycznej. Było to tak wdzięczne, romantyczne i miłe. Marek całuje się pięknie, lekko. Woda, namydlone ciała, niespiesznie. Jakby sycąc się tą odrodzoną relacją, a przy tym pozwalając sobie na zagubienie się w chwili, czułości i pożądaniu.

Odżyłem. Przyznałem, że nie muszę przecież uprawiać tego seksu. Ale sam fakt, że on potencjalnie może się znowu wydarzyć, pomógł mi się wyluzować.

Znów spędzaliśmy cały czas razem, oglądając tv w łóżku.

Potem gdy dzwonił na video i położył telefon tak u dołu, przeszyło mnie to piękne wspomnienie, gdy trzymał twarz nad moją.

Przyjechał znów wkrótce. Ja, zachłanny, nienasycony, trochę zagubiony i niezręczny w tej sytuacji, gdy jeden ma kontrolę, decyduje, nie zawsze zachowywałem się tak, jak powinienem.

Zabrałem go na imprezę z pracy. Piękny, słoneczny dzień na terenach muzem. Okazało się, ze we dwójkę spędza sie świetnie czas. Zaliczyliśmy wszystkie aktywności. Strzelanie z łuku, sowy, ptaki, segwaye, robiliśmy mini-cegły. Rozmawialiśmy ze wszystkimi z obsługi. Bawiłem się świetnie i było tez ważne, że pokazałem się razem z nim. Nawet tym osobom, które wiedziały o nim. Ale tez na przykład po imprezie w domu rozzłościł mnie, ze nie chciał troszkę się opić. Moja głupia podejrzliwa natura uznała, ze boi się stracić kontrolę nad sobą. Trochę się boczyłem, trochę złościłem. Ale ogólnie… byłem zadowolony, wyglądało to na to, ze pomimo tych wszystkich hec, jesteśmy skazani na siebie, nic się nie zmieni. Ciągle się widzimy, nawet przyhamował z czatowaniem. Zacząłem mówić o nim „mój non-boyfriend” i uczyć się cierpliwości. Doszło do kolejnych intymnych sytuacji. Sofa, łazienka, name it.

Znów pojechałem do Leeds. Było tak miło i śmiesznie. Popijaliśmy, rozmawialiśmy ze współlokatorem, coraz mniej kontaktującym. Przy drzwiach wejściowych mieliśmy niby to po kryjomu śmieszny seksualny moment. Tuląco-śmiejąco się. A na drugi dzień o poranku Marek wypadł z łazienki i zaczął inicjować kontakty natury cielesnej. Może z nie całkiem szczęśliwym finałem dla obojga, ale zawsze to coś.

Były spacery, zakupy, dużo tv na łóżku. Trzymanie za ręce, tulenie go i głaskanie po głowie, choć pan znieczulica zbyt szybko rozgrzewa się czyimś ciałem. Naprawdę starałem się nie złościć i być wyluzowany, ale przecież on „wszystko czyta z mojej twarzy”, gdy coś zazgrzyta. były tez śmieszne sytuacje, gdy wyśmiewałem jego „pieniactwo i klótnictwo”, były i miłe, gdy opracowaliśmy wspólny sekretny kod.

Na drugi dzień wstałem lewą nogą, taki też trochę spięty na podróż powrotną. Dopiero śniadanie wlało we mnie trochę życia. Bezczelnie naiwnie chwyciłem go za dłoń i w tej naiwności opowiedziałem o czymś z przeszłości, jakby było mi już wolno. Jakby nie był to cały czas ten wielki test na fajność.

W drodze do centrum przytuliłem się do niego i taki wciąż rozochocony zacząłem rozważać na głos pewne seksualne konfiguracje. „Wiesz co, jak słyszę jak mówisz o tym, to nie mam już ochoty więcej mieć z Tobą seksu”. Przed samym rozstaniem wydusił wreszcie w złości, że po prostu widzi wtedy, że nie jestem dość męski.

Wysiadłem już więc powiedziałem mu tylko, ze nie zgadzam się z nim. Nie miałem czasu wyjaśnić, ze dla mnie to kwestia szacunku? Uczucia? Ze chciałbym rozwinąć swe umiejętności, żeby jemu było jak najlepiej. Dlatego o tym myślę.

Początkowo postanowiłem, ze dam Markowi czas, żeby zatarło mu się w pamięci to moje niemiłe wrażenie. W końcu jesteśmy „razem” na dobre i na złe. A tu nagle dwa razy pod rząd nie zadzwonił do mnie wieczorem! Nagle zaczęło do mnie wyraźnie docierać, że zaczyna stwarzać między nami dystans! „Właśnie przypomniałem sobie, że cię zaniedbuję” (!!)

Przestaliśmy rozmawiać co chwilę i pojawiła się niepewność, czy odpowie, czy nie przeszkadzam. Pojawiły się niewyjaśnione przerwy w życiorysie. Jakieś wypady do kina. Brak kontaktu. Ponowne wizyty w kinie na drugi dzień. Kupony na drinki po wizycie w barze. „Co planujesz?” Pytam, choć boję się. „Ach, jadę gdzieś tam”, ale zmienia temat, chroni mnie, nie dopuszcza. W mojej głowie znów chodzi na randki, sypia u nowych facetów. Na rozmowie video bije od niego blask szczęśliwości widywania kogoś nowego.

Choć staram się, choć pocieszam, udzielam rad, czuję jak mi się wymyka. Jakaś kwaśna pijana smutna rozmowa:

„To zorganizuj nam wyjazd do Walii” mówię.
„Nie, teraz zajmuję się sobą”

„No to wiesz co, dobrze. Zajmuj się sobą. Baw się dobrze. Nie rób nic, czego ja bym nie zrobił. Jesteś jeszcze młody.” Tak jakoś mówię. Niby żeby to pokazać mu, że akceptuję to, że się z kimś spotyka.

„Wiesz co, głupi jesteś” mówi.

Jestem w Polsce, a w głowie głównie mi Marek. Jakaś udana rozmowa video, ćwiczę ciężarami na strychu. Pomaga, znów jest dobrze. Wczoraj cały dzień picia z rodziną i wieczorna rozmowa znów jakby taka milsza. Wróciło „misiu”, „kochanie” i cieszy się, ze nie jestem smutny.

„Miałeś gdzieś jechać, tak?”
„Do Lake District”
„Aha, a z kim jedziesz?” Pytam super obojętnie.
„Sam, nikt nie mógł jechać”
„Ooo, a nie bez sensu tak samemu jechać?”

Coś się nie zgadza, coś się gdzieś dzieje.

Dziś też rozmowa. Wesoła, lekka, plany na przyszłość. Już znowu dobrze, ale jakoś z rozpędu zacząłem mu mówić jak bardzo tęsknie od 1 do 10 (nasza zwyczajowa rozmowa „pokaż jak bardzo”), ale zbył to raczej uszczypliwie. Na wieczornego SMSa nie odpisał.

Choć dobrze mi z rodziną, dźwigam się ciężko czasami jakoś. Miotam. Czego oczy nie widzą, od tego pęka mi serce. Układam plany przetrwania na przyszłość. Czytam „How to fall out of love (with pictures)” na wiki. Nienachalnie ale może desperacko próbuję być w rozmowach wspierający, mądry i rzeczowy. Mieć miłe przemyślenia bez sentymentalizmu. Przypominać o swym przyszłym rozwoju muskulatury. Jakby coś miało się jeszcze uratować.

Wkręciłem się jak śliwka w kompot. Pięknie wychwalany przez Marka w przeszłości, spadłem teraz z wyżyn poczucia wartości na dna niemęskości, pokraczności, niezaradności. To że chciałem pędzić ze zmianami dla niego, nigdy nie będzie w końcu tak dobre, jak ktoś, kto już po prostu tak ma od dawna i koniec.

Męczą minione miesiące. Ta ciągła walka. Ten niedosyt. Wkurwianie się po cichu i miotanie przed snem. Bycie pod odstrzałem, gdzie cokolwiek nie powiem, cokolwiek nie zrobię, zmienia nagle wszystko. Że źle, gdy mi smutno i gryzę się sam w sobie, ale i źle, gdy się otwieram i mówię. Że najczęściej problemem była moja reakcja, a nie jej przyczyna. Wysłuchiwanie „i to jest właśnie w tobie odpychające”. Krytykowanie, rzucanie się, podczas gdy ja nie byłem wcale asertywny.

Zastanawianie się jak u Osieckiej „kto tam u niego jest?” Że dla kogoś jest cały piękny, starający się, kochany, nadskakujący, miękki, podkładający się. Że zawsze miał oczy dookoła głowy na byle faceta. Każdy byle byczek był lepszy ode mnie. Moja zazdrość o przeszłość. O luźny styl bycia. O przygody seksualne. A ja sam sobie zgotowałem ten los pustelnika, dziwaka, dupka.

Wstyd, że stałem się parodią samego siebie. Że go okłamywałem. Złość, że dałem się zahukać. Że wolałem nie szturmować, bo a nuż chwilowo poziom tolerancji nie ten. Od początku to ja byłem ten głupi, obciążony uczuciem. I że zepsułem mu przyjaźń. Że go wykorzystywałem. Że tyle razy dawał mi szansę, ale znowu coś tam gdzieś tam postanowił sam zmienić. Strach, że w końcu przesadziłem i że powoli zniknie.

A NAJŚMIESZNIEJSZE JEST TO, ŻE NIKT NIGDY NIE POWIEDZIAŁ, ŻE MIĘDZY NAMI MIAŁO COŚ BYĆ! To była moja fantazja! To ja założyłem, ze on mięknie, że zaczyna się zastanawiać! PRZECIEŻ ON NIGDY NIC NIE CHCIAŁ!!!

Wow.

Nagle, gdy to napisałem, uderzyło mnie, jak bardzo to śmieszne. Zacząłem się śmiać jak hiena, ale przestałem, żeby rodzice w pokoju obok nie uznali, że coś mi się stało w głowę.

Maj słoneczny, maj bogaty

Kasowałem dzisiaj w pociągu zdjęcia. Z czynności tej narodził się pomysł wpisu na bloga. Będzie to wpis szczery, mocny, w którym obnażam się nie tylko dosłownie, ale i w przenośni, przyznaję jak nigdy to wad i słabości. Wpis, nad którym zapłaczesz; wpis, przy którym oszalejesz. Z zaskakującymi zwrotami akcji, dławiącym szczęściem i murem, którego nie przebijesz głową.

Taki był. Maj słoneczny, maj bogaty. Uwaga…

Kłamstwo. Zaczęło się od kłamstwa. Kłamstwo, że chcę tylko seksu, kłamstwo, że to konieczne. Pod koniec kwietnia słałem nagie zdjęcia, uwierzyłem, że można wątłe me ciało wygiąć w coś na kszałt muskulatury.

Taki ośmielony, naopowiadany, że jestem przystojny i świetny, zacząłem słać polskiemu Markowi piosenki, tak ja ta poniżej ze spontanicznym tesktem:

Czasami mówisz, że do ciebie nie dzwonię.
Czasami mówisz, że nie myślę o tobie.
Ale to nieprawda – ja myślę o tobie
I dzwonię do ciebie ciągle w mojej głowie.
Ale cóż kiedy ty nie odbierasz bo
Jesteś
Trochę
Trochę
Trochę niedostępny.

Piosenki imieninowe, piosenki zachęcające, piosenki wspierające. Dla biednego polskiego Marka, który miał problemy ze zdrowiem i w pracy.

Pisał, że tęskni i dopytywał się, czemu to tylko w jedną stronę?

„Też tęsknię przecież”.

Przyjechał. Skrzynka margarity i muzyka. Jak zwykle wielka radość, popijanie. Zwracanie się do siebie naszym żartobliwym „słuchaj, widzę że..”. Aż tu nagle siadłem obok niego późną porą na dwuosobowej sofie skóropodobnej i zaczęliśmy się całować. „Nie wierzysz, co się dzieje, prawda?” Pytał. To taki moment, w którym do poczetu twarzy kogoś, kogo znasz, dokłada się nowa – kochana śmiejąca się twarz do całowania. Nie wiadomo kiedy staliśmy nago w moim living room, a potem do sypialni i „stało się, co się miało stać”.

Podobno wyglądałem wtedy na prawdziwie szczęśliwego.

Cóż, kiedy moje naiwne czarno-biało widzenie świata wprowadziło mnie w błąd, o czym miałem się wkrótce przekonać. Dla jednych intymność do wrota do tajemniczego ogrodu następnego kroku relacji. Dla innych to potrząśnięcie ręki z kumplem. Dziwi teraz, o jakże małe zmiany nastroju się obruszałem!

Kiedy następnego dnia zaczął z uśmiechem znów czatować z kimś oj jaki zaangażowany, trafił mnie szlag. Zamiast wydrzeć się „Hej, mieliśmy oglądać film”, ale też i taki rozczarowany, że po baśni tysiąca i jednej nocy ma nadal potrzebę szukania podniet gdzie indziej, zamknąłem się w sobie. Marek nazwał to fochem. Przyznałem mu ostatecznie rację, to niegrzeczne, żeby gość czuł się u ciebie źle, bo się nie odzywasz. Postanowiłem już zawsze być szczery.

Wymuszony, nadal nieco dziwny seks, a w niedzielę rano czułem się potwornie, rozrywało mnie ze złości na siebie, a wypad na miasto wprawił mnie w drgawki – zwłaszcza że pokazał mi zdjęcie jakiegoś kolesia z czata. „Powiem mu, żeby sobie jechał!” syczałem.
Mylę fakty, mylę dni – w każdym razie po raz kolejny zbliżyliśmy się intymnie „w pełni”, co było pewnym novum, a 1 maja zastał nas skwaszonych. Zrobiła się atmosfera w stylu „wszystko się popsuło”, na twarzy miał minę jak wszyscy faceci z przeszłości, którzy już podjęli decyzję, że to nie to. Włóczyłem się przegrany. Alkohol poprawił nastrój, ale nie do końca.

- To co mówisz, psuje nasz związek – Żartuję.
- Przecież my nie jesteśmy w związku! – Rzuca śpiesznie. W takim zgryźliwym nastroju.

To był długi pierwszomajowy weekend, pełen rosnących szybko i gasnących nadziei. W którym narodziło się powtarzane przez niego nie raz „No ale przecież lubię cię za to, kim jesteś, a nie za to, co robisz…”.

2 tygodnie później, po rozłące przerywanej codziennymi rozmowami video, pojechałem do Leeds, o czym relację zdałem w smsie:

„Było cudownie. Starałem się mu pomóc. Popijaliśmy i oglądaliśmy tv. Było bardzo dużo czułości naprawdę. W sobotę rano w bardzo sprytny i uroczy sposób wymusiłem seks. Zrobiłem taki uroczy żarcik „ale z ciebie ZNIECZULICA. Ja tu mógłbym się czołgać po dywanie a ty nic!”. Potem go nazywałem znieczulicą cały czas, jak nie chciał się przytulać. Ale chciał.

Podobało mu się całowanie. Potem na mieście mówił mi, że jestem najbardziej amazing osobą jaką zna i że wyglądam bardzo handsome.

Jedyny przerywnik to jak zobaczył sexy gościa i aż wyskoczył za nim na balkon, sprawdzać, czy jest on na czatach. On bardzo mnie lubi, ale ta seksualna pierwotna część jego po prostu chce macho.

Na spacerze wczoraj ze współlokatorem i psem zerwał bez i cały czas mi podtykał, żebym kojarzył w przyszłości ten zapach z nim. Było romantycznie, nawet się pocałowaliśmy w parku.

Chociaż ma problemy, to ja rozładowuję sytuację żartami, że „uuu jestem godzila, znów się idę przytulać”. Więc było naprawdę dużo głaskania przed tv, nawet przy współlokatorze.

Już jestem w domu i walczę, żeby się nie rozkręcić. Chcę być realistą i po prostu brać rzeczy, jakie będą.

Zobacz jaki byłem szczęśliwy”

Poniżej zdjęcie, jak Marek wącha kwiat bzu na mojej piersi, co można by przy dobrych chęciach uznać za celowo romantyczny gest.

„A jako bonus wysyłam Ci jaką mu zrobiłem piosenkę raperską. Czasami jak mamy głupawkę, to robimy takie głupie wulgarne rapowanie (oczywiście ja jestem lepszy) Nagrałem to już teraz w domu.”

W tygodniu zrobiłem wersję elektro piosenki „Czasami mówisz, że do Ciebie nie dzwonię”, co uważałem za bardzo śmieszne i sprytne. I dalej słać Markowi.

W weekend znowu do Leeds, do Marka. Czekał na mnie w domu, a na stole przepiękny zestaw przekąsek. Oniemiałem. Drink do ręki. „Siadaj tu obok mnie” mówi i głaszcze po ręce. Całuje. Obejmuje. Seks w pokoju na górze. „Byłem strasznie szczęśliwy” opowiadałem potem „aż zacząłem wierzyć w happy endy”. Komplementy. „Może czasem jesteś camp, ale wiesz co? Kreatywność zwycięża” zapewnia z uczuciem. Chodzę po tym domu jak pan na włościach. Szczęście rozpycha, oszałamia. Jesteśmy parą! Zdobyłem go! Więcej seksu w dzień niż przez cały rok, tak nieśpiesznie, bez nadęcia, z finałem dla obu i zamianą ról.

Leżeliśmy pijani pół godziny na łóżku, głaskałem go po twarzy, całowałem. „Ale jesteś piękny”. „Nie, to ty jesteś piękny” i nawet nie wiedziałem, że z Syberii nadciąga już zimny front nad fronty.

Marek zaczął nagle jakoś wydzwaniać do jakiegoś kolesia i drzeć mu się, że jest rudy i brzydki. Erupcja w głowia, szczęście pryska. Co prawda niby to powiedział „jestem z kolegą” i wołał, bym się pokazał, ale ja już jak ta bryła lodowa wytoczyłem się z łóżka i na papierosa, pijany i zły. Upalony na dole współlokator śmieje się jakby szyderczo, gdy z okien dociera darcie się Marka.

„Co ty taki oschły jesteś?” zapytał po powrocie smutno w rzadkim momencie słabości.

Kur zapiał, podmienili Marka. Pojechaliśmy do Yorku z kolegami. Oszołomiony i skacowany człapię, gdzie on? W parku siada 3 metry ode mnie. Na schodach znad wody pytam „czy coś się zmieniło?” „Nie, nic”.

Przyjechaliśmy do Birmingham. W nocy nie mogłem spać, a więc na fali nowej szczerości (patrz wyżej) napisałem smsa pełnego górnolotnych wyrażeń o moim zdezorientowaniu z powodu zmiany nastroju. Z jednej strony seksowny magiczny weekend. Z drugiej oschłość.

(Już taki mój los, że gdzie zatrącę poetyką, to ścielą się trupy).

SMS ten, jak to zwykle u Marka, „wszystko zepsuł”. Napisał mi, gdy poszedłem do pracy, że koniec z seksem, bo wyszło na jaw, że za dużo myślę.

Ha! Przyjdę do domu i wszystko odwołam, mówię. Wpadam cały nakręcony i radosny. Po trzecim objęciu i całusie Marek zauważa: „PRZECIEŻ UZGODNILIŚMY, ŻE JUŻ WIĘCEJ SEKSU NIE MA”. Tak się spiąłem, że nie mogłem na spacerze wycedzić słowa. Po powrocie zaczęliśmy rozmowy na balkonie. „Dla mnie to nic nie znaczy. Zawsze chcesz więcej. Ten sms zmienił wszystko.” Chyba żebym się zapłakał, że wszystko stracone?

Pojawił się MUR. Stary znajomy mur, który stawiają przede mną. Od Mordki, chłopaka numer 1., przez Borsuka po pana Gbura, który nie chciał seksu. Mur, który mnie rozwala, którego nie umiem przeskoczyć.

Następne dni były dziwne. „Wiesz, jak już NIC NIE CHCESZ, to mówisz do mnie zupełnie inaczej” zauważa Marek.
„Tego chciałeś, jesteśmy kumplami, tacy cool”, macham rękami jak idiota raper.

Nie ma już być seksu, ale przykłada moją rękę do swojej opalenizny, chadza wymachując penisem. Przytula się. Cieszy.

Siedzi na fotelu, który do mnie przywiózł, a ja dziwię się, jaki jest przystojny.

W sobotę pojechaliśmy do domu pana Gbura, który był na wczasach. Przewietrzyłem, podlałem kwiatki, zagrabiłem ogród. Sielankę i drinki przerwał Marek stukający zapamiętale w telefon. Żółć mi wylała, że zrobiła się ze mnie karykatura mnie, słaniająca się z zazdrości.

W niedzielę radosny wyjazd do Walii. Choć serce rosło na krajobrazy i podróż z Markiem, cały czas nie trawię tej goryczy. W wolnych chwilach analizuję. Co zaszło tamtej nocy z soboty na niedzielę, że obudził się inny. Co i już powracam do tematu, jakbym nie mógł uwierzyć, Marek się złości, gdy wspominam, a ja przed oczami mam mur. Bawimy się świetnie, ale umysł mi pracuje. Biegamy po ogrodzie lejąc się wodą, pijemy, śmiejemy, komentujemy na boku, Marek jest troskliwy, kochany, a krajobraz uspokaja. We własnej sypialni zasypiamy w objęciach przy otwartym balkonie.

Wieczorem Marka porywa elokwencja i mówi do właścicielu domu: „I would move in here and look after your house. We would move in here with jesion and he would say let’s get married”. I wtedy jego koleżanka zrobiła Wielce Znaczącą Minę: Uważaj na to, co mówisz.

Marka bardzo niecierpiliwiły moje wypowiedzi na temat tego, co się dzieje. Biedny, chciał żeby było jak dawniej: ja go uwielbiam całym sobą, a on się pławi. Próbował zażartować z sytuacji i udzielać mi rad na temat randkowania, ale zbyłem go ostro. Czuję, jakby odciął całą radość ze znajomości, tą małą nadziejkę, to coś, co było więcej niż przyjaźń między nami.

Kiedy na jego prośbę wziąłem jego telefon do ręki, zauważyłem sms od John Paula, z którym teraz się spotyka „I would like to meet them”. W odpowiedzi na zdjęcia Marka i piesków, które kazał sobie robić. Widzę też, jak tabuny facetów, którym Marek połamał/połamie serca dopraszają się o kontakt. Mało kto, jak polski Marek, potrafi tak cię zdobyć, zaczarować, swoją zainteresowaną miną i uśmiechem wynieść ponad tłumy.

Wiesz co Marek, wal się na ryj, i ty, i John Paul i pieski.

Po powrocie do Birmingham już obaj wiemy, na co się zanosi. W windzie taki moment, że mam ból w oczach, patrzę na niego i widzę ból. Zasypiamy przed tv, jeszcze jakby ręka przy ręcę. „Widzę po twojej minie” mówi (bo on się niby to zna na mikroruchach twarzy), że to REVOSTI. (Żart z Kimmy Schmidt: It’s over). Moc objęć. „Będę tęsknił, wiesz?”.

Poszedłem do pracy, a gdy zadzwonił wyjeżdżając, powiedziałem mu „Będę jak olbrzym z BFG wiesz? Zawsze cię będę słyszał, jak będziesz do mnie mówił. Bo ja mam zresztą duże uszy”.

„Awwww, dużego to ty masz penisa” zauważa uprzejmie (i nieco na wyrost) Marek.

Wczoraj w rozmowie video poprosiłem, żebyśmy zrobili sobie przerwę. W końcu już mu lepiej. Choroba przemija. Schudł. Wypiękniał. Nauczyłem go czesać pięknie włosy. Wydepilował sobie dupę i krocze dla Johna Paula, będzie się miał czym zajmować. Uznałem więc, że to dobry czas na to, bo ja już naprawdę nie lubię, kim się przy nim stałem i że szlag mnie trafia o byle co.

Co miał powiedzieć:

„O Boże. O Boże. Tylko nie przerwa. Własnie zrozumiałem, że cię kocham.”

Co miał powiedzieć – bardziej realistycznie:

„Jest mi przykro, bo będę tęsknił, ale rozumiem, że potrzebujesz czasu, żeby wyleczyć się z tego uczucia. Trzymaj się”.

Co się naprawdę stało:

Wybuchnął. Obrażał. Oskarżał o samolubność. Złościł się. „Dlatego jesteś taki odpychający” tłumaczył. Przepowiadał samotność. Zignorował moje uczucia i wytłumaczenia.

A na koniec przysłał zdjęcie przekreślonego pieska. To była ta suka, dla której miał wiele uczucia i czasu na pieszczoty, aż raz go ugryzła w rękę i stracił do niej całe serce i zainteresowanie. Wiele razy wspominał o tym, to był nasz taki żart, jak bardzo go to zabolało.

Dziś rano w pociągu doszło do mnie, że ta suka to ja.

TEMATY DO DYSKUSJI
Chciałeś seksu, masz. Nie wszystko złoto, co się świeci…

Człowiek zapomina, jak się męczył, gdy go przytulić.

Jesion mógł nie reagować, tak jak reagował, ale czy można mu się dziwić?

Czy warto chcieć być z kimś, kto zmienia o tobie zdanie za każdym razem, gdy coś zrobisz?

Siła iluzji, podczas gdy ten drugi czatuje.przyjazdy do Birmingham jako baza do zdobycia facetów.

Marek lubi drani i trzymanie za kark, małe szanse na zainteresowanie wrażliwymi sentymentalnymi pseudo intelektualistami.

Co się naprawdę zmieniło z soboty na niedzielę?

Jesion tak naprawdę był ważniejszy dla Marka niż wszyscy ci, z którymi Marek się rżnął; czy można jesionowi wybaczyć, że emocje wzięły nad nim górę? Co by się stało, gdyby jesion nie słuchał intuicji, tylko play it cool and go with the flow?

Czy jesion powinien iść do psychologa, żeby przerwać pattern angażowania się w relację z facetami, którzy go odpychają?

Czasem nie mogę uwierzyć, że to koniec, ale przypominam sobie, jak czułem się, gdy Marek postawił mi mur przed oczami. I złościł się, że mi żal.

Weekendowa inna lepsza wersja świata

W piątek 7-go kwietnia po zdanym egzaminie na prawo jazdy świat na chwilę przełączył się w swoją inną lepszą wersję. Nawet się nie od razu zauważyło, że zrobiło się bardzo ciepło, nieprawdopodobnie wręcz jak na Anglię ciepło – t-shirty i okulary słoneczne. Krążyłem po pokoju z tej radości, wysiadywałem na balkonie, gościłem pana Gbura, potem jego najmłodszą siostrę, a potem dojechał polski Marek.

Pamiętam, że siedziałem sobie lekko upity, a mięśnie twarzy spontanicznie trwały w szczęśliwym uśmiechu, rzadko u mnie permanentny stan. Był to prawdziwie długi słoneczny dzień, bo powoli docierało, że koniec z umawianiem lekcji jazdy, kosztami, martwieniem się. W końcu zdałem, mając na uwadze radę instruktora: „forget about exam, about guy next to you, it’s all about you, the car and the joy of driving”. Cieszyłem się z bycia w centrum uwagi, cieszyłem słońcem i że mój w cichości ulubiony polski Marek jest obok.

Przyjechać on miał ci aż na 10 dni. Nie wysiedział aż tak długo. Upieramy się przy swoim, czy tu ma być tak, czy nie tak; czy mam wziąć do miasta to czy tamto; czy oglądamy to, czy nie to; negocjacje co do oglądanych razem rzeczy zaczynają się już kilka dni wcześniej. Marek zarzuca mi braki towarzyskie i krótki attention span. Na przykład wstaję, by podać nam drinki i zapominam w połowie drogi, albo też nie podam mu widelca, tylko sobie. Co kładziemy na karb mojego mieszkania samemu od dawna. Nie spieram się, bo to prawda, uczę się tak dbać o kogoś. A nie jest mi łatwo, bo czasami muszę przedzierać się jak zwykle przez fałdy emocji.

Czasem bawimy się tak świetnie razem, a czasem gdy nawprzytka palcem za dużo do gejowskich czatów, kwaśnieję z zazdrości, z niedopieszczenia, z odrzuconych zalotów. Że przestukał się z połową Anglii, a mnie nie tknął palcem. Z refleksji, że odkąd pamiętam, że od czasów nastoletnich fascynacji polezę zawsze tam, gdzie się mnie nie chce, gdzie nie pociągam seksualnie. To wewnętrzny radar, supermoc, wbudowany czytnik pola magnetycznego. Nie rozpaczam, ale podsycam się złością i wtedy wychodzą słowa koślawe, wyniosłe, nieprzyjemne odruchy, choć od dawna przecież wiem, że akcja rodzi reakcję, i to jak jest, to wynik wkładu obu.

Czasem jest pięknie. Jak na spacerze, kiedy wymyśliłem zabawę – konkurs rapowy. Każda następna osoba rapuje na temat ostatniego słowa poprzedniej osoby. Poniższy mój wkład na temat „Dorotka” spowodował okropną głupawkę. Musiałem usiąść aż ze śmiechu.

Miałem iść na party, właśnie przyszła nocka
Ale przyszła Dorotka i postawiła klocka

Są takie momenty, jak ten, kiedy się z kimś idealnie rozumiesz, ale są też takie, gdzie narasta zniecierpliwienie po obu stronach i wyobrażasz sobie, że to twoja wina, że psujesz wszystko swoimi mamucimi zalotami koślawego grzmota nielota. Chociaż przecież tak próbowałem to sobie w głowie rozłożyć na czynniki pierwsze. Że to nie uczucie, tylko zazdrość. Ego. Dziecinna zachłanność. Że to lęk, że zniknie, że ktoś go odbierze. Że to wygłodniała reakcja, bo ktoś okazał mi trochę uwagi i sympatii, a ja huzia na niego, dawaj wszystko albo idź. Ile to razy zrywałem w nim w myślach, bo wolę samotność przynoszącą poczucie siły i ponurą satysfakcję, niż takie cierpiętnictwo po cichu. Ale ostatecznie co ja poradzę na to, że serce mi ulatuje na jego widok i jak go całuję w policzek a czasami tuż przy ustach, to czuję jak budzi się coś w mauzoleum między nogami.

Po wyjątkowo nieprzyjemnej interakcji wieczornej zniknął odwiedzać rzesze znajomych po południowej Anglii. Wyobraźnia podpowiadała, co on z nimi robi, czego u mnie niedostatek. Emocje przeszły od wyniosłości do wyrzutów sumienia, że nie byłem milszy. I nagle okazało się, że plan spędzania Wielkanocy razem staje się coraz mniej realny. „Słuchaj, jeżeli masz nie przyjechać, to powiedz od razu teraz, żebym sobie coś zorganizował” wysyczałem (o ile smsy mogą syczeć). W piątek nie przyjechał, co moja urażona duma skomentowała jednym wielkim AHA! KONIEC Z NAMI! Ale na jego życzenie kupiłem na następny dzień bilet kolejowy do Walii, no bo przecież „uwielbiam podróżować” i „lepiej już pojechać niż samemu w domu siedzieć”. W Walii dostałem szału, bo wszyscy tak pili poprzedniej nocy, że nikt mnie nie mógł odebrać ze stacji.

(Teraz widzę, że te moje wszystkie reakcje to były z niedowierzania, że mógłbym być dla niego (kogoś) ważny. Chyba podświadomie obawiam się, że inne dzieci nie będą się chciały ze mną bawić i że się mnie ciągnie ze sobą, bo się narzucam, domagam i obrażam).

W każdym razie w Walii było słonecznie, deszczowo, ciekawie. W takich okolicznościach, „w gościach”, czujesz się jeszcze bardziej z kimś zbliżony. Mieliśmy własną sypialnię, a nawet „skrzydło domu”. W ramach popołudniowej drzemki, przytulił się, gdy czytałem mu historyjki z „Chwili dla ciebie” kupionej w polskim sklepie. A tak to raczej przytulał sukę, co wzbudzało we mnie niemy przekąs. Ale ogólnie były to wakacyjne klimaty, a ja, nauczony rozłąką, staram się nie popadam w ponure podsumowania. Odrzucił 2 próby bliskości. Ale w końcu świetnie się bawiliśmy, a to waliliśmy szoty w kuchni, a to robiliśmy zdjęcia razem, taka to wyjątkowa przyjaźń.

Powrót też był przyjemny. Pięknie było w Walii i wesoło. Wpadł po swoje rzeczy i pojechał do siebie. Wkrótce zadzwonił, żeby ożywić się podczas długiej jazdy na północ. Starałem się go rozbawić oraz i pochwalić, bo czasem jest i tak, że ktoś ciebie nie kocha, ale nadal oczekuje aprobaty. W końcu jakoś wyznałem mu, że w całym pomyśle zamieszkania razem jest jedna rzecz, która mnie martwi; że ja nadal reaguję na niego seksualnie. I nie chcę przez to się źle czuć we własnym domu.

(Wyobraźcie sobie! Zazdrość! Żal! Wyrzuty! Półnagich gości w kuchni! Że znika! A gdzie znika?! Dokuczanie, oschłość, złośliwość!)

Polski Marek pomyślał o tym, a z domu wysłał szereg wiadomości tekstowych i głosowych. Że jestem most amazing individual, jakiego zna. Że nie skupiał się na atrakcyjności, tylko na przyjaźni, bo to dla niego najważniejsze. Po czym wyjaśnił, co lubi w seksie, i pytał co ja lubię. Przysłał zdjęcia. Zdębiałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Gdy powiedziałem, że wyjątkowo lubię seks pod prysznicem, powiedział, że mogliśmy byli pod prysznicem w domu w Walii i w samochodzie (Hahaha). Dodał, że mam piękne nogi i tyłek oraz ładne stopy. Wyjaśnił, że chciałby być z typem otwartym seksualnie. Że FUCK to można z kimś, a PASSION tylko z nim.

Podsumowań nie będzie, bo wiem dokładnie tyle samo co Wy, co to wszystko znaczy i czy coś to zmienia.

Próbuję umowić się z ludźmi na seks, ażeby nie stawiać wszystkiego na jedną szalę. Obciąłem włosy na krótko. Mam umięśnione plecy. Brzuch bez planowania zmalał. Zacząłem domowy cykl ćwiczeń na łapy z ciężarami, żeby podgonić. Wydepilowałem kremem krocze, co zaskakująco korzystnie wpłynęło na samoocenę (od Wolverina do babyface w 5 minut). Widzę, jak dorastam. Uczę się o kogoś dbać.

A w Walii jak każdy miał sobie w duchu pomyśleć życzenie, nie wytrzymałem i pomyślałem:
„…

Lekkie przemieszczenie sił w przygodach z polskim Markiem na przykładzie korespondencji własnej

23 stycznia 2017

A u mnie tak w kratkę. Nasilają się moje stany niepokojowe. W sumie wydaje mi się, że większości moich wspomnień towarzyszy wspomnienie niepokojów, braku komfortu, stresu – na przykład jak oglądam stare zdjęcia. Pomimo, że na codzień mam się niby w porządku. Tabletki działają tylko na stres, a nie na to (…) Wiem, że nie u wszystkich tak działa – tylko u mnie, który zawsze bał się jak widzą go inni (bo od dzieciństwa nie byłem akceptowany, a i pan Gbur tępił we mnie spontaniczne przejawy zachowania), martwił się na zapas. Wspominam o tym dlatego, że właśnie takie „efekty poproszkowe” ostatnio niestety zaczynają mi się przytrafiać w „normalnym życiu”, w normalnej rozmowie, gdy piszę emaila o sobie, gdy mam zadzwonić do kogoś pogadać. W ogóle bywam rozedrgany jakoś. Cały dzień w Sylwestra przeżywałem niepokój i stres, wiedząc, że nie lubię Sylwestrów i będę się musiał zadawać z innymi, i jeszcze chodzić na paluszkach dookoła partnera pana Gbura. Dlatego do domu poszedłem od razu po północy.

Być może zaczyna się u mnie jakaś fobia socjalna, wolę siedzieć w domu i oglądać Netflixa, bo do tego męczy mnie ciągła kontrola finansów, bo pomimo dużego już oszczędzania, nadal się powolutku zapadam. Mam więc mniejszą kontrolę nad stanami lękowymi niż kiedyś, ale nie martw się – powolutku planuję jak temu zaradzić, a więc albo użyję help linii w pracy, albo poczekam do okresowego badania przez Bupę, prywatnego ubezpieczenia przez pracę. Fajnie by było sobie funkcjonować i się nie trwożyć.

Był u mnie przez weekend polski Marek, więc miałem okazję zauważyć, że jednak rozrywka i zajęcie się czymś nie likwiduje już takich stanów. (…) Ale ostatecznie był to super udany weekend, więc nie chcę go sprowadzać tylko do stanów lękowych.

Przyjechał AŻ na dwa dni. Wybawiłem się super. Zawsze jak się pojawia, nagle się śmiejemy i mamy sobie strasznie dużo do powiedzenia. Oczywiście bywa on irytujący i ma takie głupkowate odruchy/teksty, oraz nadal ciągle sprawdza ustawicznie czaty i czatuje, oraz pokazuje mi zdjęcia chłopaczków, z którymi rozmawia. Co jest oczywiście nadal przykre, bo on lubi takich małych kompaktowych niuńków, którym ja bym w ogóle zignorował; no i chcąc nie chcąc się porównujesz.

Ale w piątek wysprzątałem i jak przyjechał, zaczęliśmy drinkowanie i poszliśmy do baru na jedzenie i drinki, co było bardzo wesołe, bo nam przez pomyłkę źle policzyli na rachunku (mniej). A potem w innym barze zagadaliśmy takie panie, co było niesamowitym zbiegiem okoliczności, bo ta pani opiekuje się 20-letnią niepełnosprawną córką, a polski Marek miał mieć rozmowę dzisiaj o pracę właśnie w sprawie zmiany postrzegania niepełnosprawnych w kraju. Więc mieli sobie wiele do powiedzenia i bardzo go to podbudowało. A mnie zachwycają takie darmowe łuty szczęścia.

Powiedziałem Markowi, że powinien zostać politykiem. Ma aurę i dar zaślepiania ludziom oczu. Na przykład pani tej odpowiedział na pytanie „czemu się zajmujesz niepełnosprawnymi?” pustymi frazesami, a ona i tak była usatysfakcjonowana. Powiedziałem mu, że jak się zajmie polityką, to zostanę jak w „House of Cards” takim pomocnikiem-manipulantem za kulisami.

Z Markiem położyłem się przed snem na jego materacu w living room, ale jak usnął, poszedłem do siebie, bo się skarżył kiedyś dawno, że chrapię, a ja też potrzebuję serii zabezpieczeń przed snem – zatyczki, woda obok, tabletki. Na drugi dzień zauważył, że spodziewał się, że zostanę na noc z kołdrą, a na trzeci, że jak ten duszek pojawiam się i znikam – jak zasypia jestem, potem mnie nie ma, a potem wracam rano. To jedna z tych miłych rzeczy, które mogłyby zmylać.

W sobotę poszliśmy do centrum. Było świetnie. Ubraliśmy się dość ładnie i Marek rozbrajał wszystkich ludzi ze sklepów swoim urokiem, choć przecież czasami ociera się o bezczelność w żartach. Ogólnie mi się przez to z rozpędu też dostało wiele sympatii. Pomyślałem, jak ja muszę na codzień promieniować nieśmiałością, imigranctwem, asekuranctwem i niechęcią do ludzi, skoro była taka różnica w traktowaniu mnie. Wszyscy pytali, czy jesteśmy Francuzami. Zacząłem więc nazywać go „Jean-Baptiste”. Marek chodził po wszystkich sklepach i wypraszał próbki bardzo drogiego sklepu przeprowadzając ten sam scenariusz. Było to bardzo śmieszne. Świetnie się bawiłem. W takim malutkim i drogim butiku z okularami zagadaliśmy z właścicielem, który powiedział, że właśnie w Monachium są niedługo targi okularów słonecznych. Na co ja wypaliłem żartem: „Munich?? What a coincidence, we are in Munich next week!” (to taki przykład jak z Markiem interakcje z innymi stają się zabawą i beztroskie, jak łatwo bawić się konwencją wielkiego bogatego życia, za którym tęsknie. Byliśmy jak Paris Hilton i Kim Kardashian, mocni, pewni siebie, bogaci, żartujący sobie).

Najlepszy był motyw Agnieszki z Inowrocławia. Jest w „Chwili dla Ciebie” taka rubryka z historyjkami czytelników, które są w ogóle nieśmieszne, ale napisane jednym stylem i zawsze kończą się w stylu „wtedy wszyscy wybnuchęliśmy śmiechem” albo „długo się z tego śmialiśmy”. Na przykład jak to Agnieszka poprosiła męża, żeby kupił szalotkę (cebulę), a on jej przyniósł szarlotkę! Przeczytałem Markowi kilka (na facebooku followuję specjalny fan page) i potem cały czas mówiliśmy w tym stylu. Opiliśmy się leniwie i apogeum śmiechu nastąpiło, gdy mocował mi drzwiczki zamrażalnika do lodówki taśmą klejącą. „Podaj mi taśmę, dobrze?” mówi. Na co ja (niewiele myśląc) tym tonem z „Chwili dla Ciebie”: „A co ty myślisz, że ja jestem taśmociąg??” Widzisz, nie jest to śmieszne, ale dostaliśmy strasznej głupawki. Tarzałem się po podłodze WYJĄC ze śmiechu.

Marek na sofie ze dwa razy podniósł rękę, żebym się przytulił i tak nieco niezręcznie głaskał po ramieniu. Jak na kolegów mamy dość dużo czułości. Wiem, że jestem kiepski w ocenie intencji ludzi (przesłaniają mi pole widzenia własne emocje), ale mam wrażenie, że może ma mały konflikt. Z jednej strony są momenty, w których porywa mnie pasja (jak na przykład gdy mówię o muzyce – jak to sam zauważył), i gdy powiem coś błyskotliwego widzę, że go to zachwyci, a z drugiej drażni go (pewnie) mój potworny brak wiary w siebie i że jestem ogólnie „smutny” (też rzeczy, które sam powiedział, choć użył słowa „dziwi” a nie „drażni”). Czasem przybiera ten lekko „lekceważący” ton, który ja tak wiele razy słyszałem (u innych).

No a do tego cały czas czatuje z innymi i mam wrażenie, że wszelkie czułości cechuje niecierpliwość. Jego kosmetyczkę wypełniają kondomy (rozmiar: Large), więc muszę się wprawiać w odrętwienie, gdy nagle przypominam sobie, że uprawia seks z innymi. Marek powiedział, że z mojej twarzy wszystko można wyczytać, no ale jakoś nie wyczytał, że sprawia mi to przykrość!

Trudno więc zakładać, że kiedyś nagle z czasem on się do mnie przekona, chociaż jak przyjechał, widziałem w jego oczach podziw dla mojego wyglądu (po botoksie i generalne schudniecie, poprawa sylwetki). Nie robię sobie nadziei i staram się przejść do codzienności. Poza tym on jest drażniący i nie aż tak błyskotliwy jak ja. Na przykład ma manierę „dokończania” za ciebie zdania, że niby się zgadza. Co jest w sumie śmieszne, bo nie zawsze zgadnie, co powiem! Roztacza jednak taką aurę męskości, opiekuńczości, których mi w życiu bardzo brakuje. Moja sancho-pansowatość już chce od razu isć za jego don-kichotem.

Przynajmniej się uśmiałem bardzo. Spędzam tyle czasu sam, że czasami jak np jestem z panem Gburem, uderza mnie, że jest obok mnie jakiś inny „byt” niż ja (pan Gbur), więc może dobrze w takim „podgorączkowym” stanie ducha zastanowić się przynajmniej, jak odbierają cię inni, żeby było milej i łatwiej w życiu – jak ci sprzedawcy w sklepach. (przypomina mi się Twoje ćwiczenie ezoteryczne, żeby spróbować wizualizować, jak Cię widzą). Myślę sobie, że może już się za bardzo zakićkałem w głowie, żeby prowadzić normalny żywot, może już jestem zbyt uszkodzonym towarem, żeby mnie ktoś pokochał; ale mam nadzieję, że przynajmniej uda mi się wyprosić anty-depresanty i zacząć się mniej bać działać, i może coś jeszcze osiągnę.

6 marca 2017

Nie mam za dużo dzisiaj do roboty. Muszę zaraz zamówić taxi na dworzec po pracy, bo muszę złapać wcześniejszy pociąg o 17:12 (kończę o 5), żeby zdążyć do kina. Idę dzisiaj z panem Gburem na Logana.

Smutno mi dzisiaj. Tesknię za polskim Markiem, ale nie chcę mu się narzucać. Marek na facebooku ma tabuny gości, z którymi się spotykał na randkach i z którymi sypiał. Muszę się więc otrząsnąć z tego i przerzucić na dyżurne fantazje abstrakcyjne. Wiesz, było miło, raz jak drzemałem, trzymał mnie za rękę, głaskałem też, gdy położył nogę na mym łonie, ale Marek często tak głupio chichocze, więc sądzę, że to robi, żeby mi sprawić przyjemność. Zawsze jak moja twarz znajdzie się za blisko jego, wzdryga się.

Nie myśl sobie, że to moje zwyczajowe narzekania-roztrząsania, jestem obecnie jest dużym chłopcem i już naprawdę jestem pogodzony z wieloma faktami. Pan Gbur to była szkoła życia. Choć powtarzam, że mi dobrze samemu, to serce jednak rwie się, żeby kogoś kochać. Dlatego pan Gbur ma ze mną tak dobrze. On już się tak na mnie nie krzywi, rolę tą przejął Marek. Popatrz, jak przytoczona przez Ciebie żona alkoholika, idę zawsze tam, gdzie się na mnie krzywo patrzy. Ciągle nie mogę zakochać się w kimś, kto jest normalny, z ułomościami, rozterkami, to musi być wódz z charyzmą, kto dyktuje, jak mam się czuć.

W tym tygodniu w sobotę są urodziny Sary z Manchesteru. Oni mają taką klikę: Sara i jej chlopak, siostra pana Gbura, pan Gbur, jego partner itd. Ja siłą rzeczy się trzymam na uboczu, bo nie jestem zapraszany na domowe imprezy, gdy partner pana Gbura jest. Zawsze bardzo lubiłem Sarę, powtarzałem, że jesteśmy tak związani, ale zauważyłem, że ona nigdy ze mną nie rozmawia. No ale zamówiłem już swoje jedzenie do restauracji (składa się zamówienie z góry), ubiorę się bez zarzutu (czarny podkoszulek, czarna marynarka, czarne jeansy), i postaram się świetnie bawić. Wciąż mimo lat mam nadzieję na jakieś cudowne zbiegi okoliczności.

20 marca 2017

Witam Cię serdecznie. Tak się napracowałem, że zostało mi 50 minut obijania się. Mógłbym co prawda zająć się argentyńskim audytem, ale już mi się nie chce.

Za mną kolejny weekend z polskim Markiem. Są one bardzo pouczające. Może z racji jego młodszego wieku, jest mu bardziej niż innym moim sympatiom niewygodnie na piedestale, na których stawiam facetów. Czuję teraz ten brak równowagi, że to tylko on decydować ma o przyszłości tej relacji. To co ja mówię, robię, jak się zachowuje, też ma na to wpływ. A nie tylko czarno-białe, czy lord mnie zechce czy nie zechce.

On mnie też leczy z tego zamykania się w sobie, wchłaniania jak ameba, jak tylko coś zrazi. Cały czas powoli buduję w sobie pewność siebie, że on będzie trwał, że nie zaniedba. Nie wiem, czy to wyrzuty, czy miła osobowość, ale jest on „wyrozumiały” dla mojego uczucia. Nie mówi się o nim, ale chyba czuć. Bardzo iskrzy. Mówiłem Ci już, że on toleruje moje przytulanie. Powiedział pewnego razu „poczekaj tylko pójdę do łazienki i cię dalej będę niuniał” – gdy odsunął się, żebym nie pomyślał, że to jakieś odrzucenie. Także bardzo się niuniamy. Przytulamy, trzymamy za ręce, głaskamy. Nawet oglądając tv w oddaleniu. Chodzimy razem spać na jego materacu, a potem idę do siebie. Popijamy cały dzień słabo procentowe alkohole i przebywamy razem godzinami. Całuję go w szyję. Cmokam w windzie. Tyle fajnych tekstów leci, mówimy do siebie tonem z „Historyjek z chwili dla ciebie”: „Słuchaj Marek, widzę, że …”. Doradzamy w kwestii ubioru. Kłócimy, czy brać taxi, czy brać parasolki, bo uparciuchy. Zaśmiewamy się do łez, szydzimy z siebie życzliwie. Nazywam go „mój mały pufciu”, a w ogóle to odzywamy się do siebie tak czule „kotku”, „myszko” „kochanie”. Czasem robię taki niby test i przypadam powoli po niego z miną uwodziciela zdobywcy i wtedy on tak albo mięknie, jakby miał się poddać, albo trwoży w środku. Ale oporów już jakby mniej ogólnie.

Także może on też się waha, albo mu smutno w środku, że mnie nie kocha i jestem dla niego takim amerykańskim Tonym. Znów pojawia się myśl, że może on czeka, aż ja coś zrobię? Widzę, że reaguje na moje zmiany. Komplementuje moją sylwetkę, jak przybywa mięśni, ubywa tłuszczu, porównał mój tyłek to pupy Ryana Goslinga (przewijałem 3 razy, żeby sprawdzić…), i moje rozliczne zalety. Widzę, że on je wyłapuje. Ale drażnią go moje męskie niedociągnięcia.

Ostatnio wyszło na to, że jestem choleryk. Zrobiłem scenę na siłowni, że nie miał go kto wypuścić. Był zgrzyt. Była więc okazja do wytłumaczenia, że jakie to dziwne, że ja uważam się za tak dobrego w środku, a tu masz. Powiedziałem mu, że od dziecka dostaję takie zdzwione, zrażone, zniesmaczone miny od ludzi. On mówi mi „widzisz, i dziwisz się, że ludzie cię nie rozumieją, nie lubią”. Na co ja „wiesz co, nie obchodzi mnie to już, co myślą, nie chce mi się zmieniać, za stary jestem!” (A raz zaczął komentować w tych klimatach, że trzymam parasolkę pod pachą jakoś po zniewieściałemu, więc wyskoczyłem na niego, że mam to w ogóle całkiem gdzieś, że jeżeli jakiś facet ma mnie nie chcieć, bo tak trzymam parasolkę, a nie inaczej, to ja dziękuję za takiego faceta i mi to nie przeszkadza! Skruszył się wtedy i wycofał, że nie o tym mówił, tylko chciał potrzymać).

Dziwi mnie, że uważa mnie za „starszego”, a to przecież prawda. No i cały czas dalej siedzi na tych czatach. Mamy w planach wyjazd razem do Lake District, więc może spróbuję wtedy coś zmolestować i zobaczę, czy coś z tego będzie czy to dalej sobie jesionek siedzi i bajdurzy.

W każdym razie, jak to powiedziano w „Good Witch”; słuchaj, albo będziemy teraz analizować i się zastanawiać nad tym, co się między nami wydarzyło, albo po prostu cieszyć z tego. (Wiesz, że to jedyny serial, za którym tęsknię? Czekam na kolejną serię. Tak mi w życiu brakowało widać słodyczy, miłych ludzi i zdarzeń!).

Tak więc był to naprawdę fajny weekend, poznałem go lepiej, i on mnie, aha! Zauważyłem też, że zaczyna przejmować moje teksty i odgłosy! Czasami wydaje się, że brakuje jednego mocniejszego szturmu, żeby skruszał, no ale może to tylko jego chęć bycia miłym. A poza tym uczę się kompromisu, leczę z poddaństwa, uczę się, że mam ogromny wpływ na to, jak widzą mnie inni (zarozumiałego przystojniaka?) i duży wpływ na ludzi reakcje. To szokujące, jak bardzo ludzie robią się mili, gdy tylko odezwać się życzliwiej!

Takie mam przemyślenia, a poza tym w piątek wpadam do Polski na urodziny taty (stres), a potem znowu jazdy (stres).

Wieczorny spacer po nie moim mieście

Zmylił mnie ten serial na Netflixie „Midnight Diner. Tokyo Stories”. Jest on o takiej małej restauracyjce w Tokio, do której przychodzą bywalcy i do tego ich malutkie milutkie historyjki życiowe. Po serialach typu „Good Wife” czy nawet „Once Upon a Time” i skomplikowanych podstępach i nazmienianych liniach czasowych, był to powiew ciepła. Wprawił mnie w bardzo dobry, przyjazny ludziom nastrój i zapragnąłem wyjść z domu i wtopić się w moje miasto.

Wypiłem kieliszek wina w Church Inn, do którego udałem się taksówką Uber. Uwielbiam ich dostępność i niską cenę. A potem przecinałem miasto wszerz i wzdłuż spacerem. I odkryłem, ze.. Birmingham to nie jest moje Tokio. Każdy mijany zakątek przywołuje wspomnienia, ale czuć, ze czas mój tutaj przeminął. Mijałem ludzi i ich towarzyskie interakcje, ich małe światy, radośnie upojone alkoholem i wciąż czułem, ze ja już w innym wymiarze. Już się tutaj nie łapię.

Staram się powoli rozwinąć, sięgam po książki w stylu „Jak stracić rozum i stworzyć nowy”, ale ciagle brakuje zapędu, motywacji.

W pracy miło, ale zastój. Na koncie ciężary. Prawo jazdy urosło do wyczynów nieosiągalnych. A mój pan Gbur, który mnie roztkliwia, nadal przecież ze swoim chłopcem i nie mogę tam za często być. Taki to już ze mnie outsider.

Tak jakby upieram się przy tym, co dobrze znane, powiedziałbyś, i nie dałoby rady zaprzeczyć. Ale łatwo jest już nie popadać w melancholię. Wybieram dobre samopoczucie.