|
|
Ha ha! I znów już jest jaśniej! Poranną porą, gdy dźwigam się pod górę chodnikiem przy murze, nieboskłon z wolna jaśnieje, a ptaszęta nazmylane łagodną aurą już świergoczą i szczebioczą podniecone. Z tego powodu czasem nie słucham w drodze muzyki, a i na stacji kolejowej też nie, ażeby niczym Jan Kochanowski pod lipą nacieszyć uszy tym rozkosznym trelem.
A nawet i teraz, gdy słowa te kreślę (dyskretnie stukam), zza otwartego okna naszego usytuowanego na pohybel słońcu piętra biurowego płyną szczebioty ptasząt jakiś, bynajmniej nie zrażone szumem samochodów na pobliskiej ekspresowej drodze. Budzi radość w sercu, przyjemniej wyglądać długich dni niż przemierzać z pochyloną głową czarne dni grudniowe.
Postanowienia noworoczne na razie w fazie prenatalnej. Dalej objadam się w świetle przyszłego wzbogacania się fitnesowego (od = bóg fitnessu), już tak prawie czuję w mięśniach wypychane sztangi, skrzypiące atlasy, zapach metalu na dłoniach. Fundusz na prawo jazdy umościł się wygodnie na bankowym koncie pobocznym, więc jest to też pewien postęp.
Wczoraj przeżyłem zryw i rozczarowanie poniekąd związane z fitnesami. Wybrałem się albowiem we wtorek z kolegą stiwem blondynkiem na film pod tytułem „The Artist”, który mnie przemożebnie zachwycił. Na początku było trudno się przyzwyczaić do konwencji niemego filmu i muzyki bynajmniej nie w dolby stereo, chciało się, ażeby przemyślnym zwrotem akcji nagle dokonała się transformacja w kino nowoczesne, ale potem od uśmiechu do uśmiechu się człowiek jakoś wkręca.
A uśmiechów główny bohater ma całą masę. Zawsze lgnąłem do ludzi słonecznych i jestem postacią tą zachwycony. Nonszalancja, dowcip, popisy ale nieustająco czarujące. Gene Kelly (chyba trochę pierwowzór) to przy nim gbur. Aktor oddał emocje w takie sposób, że wie się, iż to postać z natury dobroduszna i wręcz naiwna przy całej odbywającej się w tle rewolucji kinowej.
A jaki ten film sprytny, te plakaty i neony w kadrze „podpisujące” co się wydarza! Te zapożyczone z filmów niemych rozwiązania, ale bez przesady, nieprzeegzaltowane. Gra aktorów wyrazista – dialogi okazują się rzeczywiście niepotrzebne. I finałowe pięć minut, przez które potem do samego uśnięcia chciało mi się tańczyć i być radosnym.
A zryw wziął się stąd, że przypomniało mi się, że kiedyś miałem się zapisać na lekcje stepowania. Poczucie rytmu mam, a miny potrafię przybierać wyjątkowo słodko pierdzące, co jak mi się wydaje, jest połową sukcesu. Zdawało mi się, że stepując, pędzi się przez życie ohoczo i radośnie, rozbija smutki i załamania nerwowe, no i cóż to, kiedy poprzez fakt pracowania międzymiastowego nie zdążyłbym na czas, a jak na złość wszędzie rozpoczynają się styczniowe nowe kursy! Nie pozostaje mi nic innego, niż przez życie dreptać i każdą nieprzyjemność sumiennie przemierzać…!
A jest to czwarty już akapit pod rząd zaczynający się na „A”!
Zawiewa już kolejnym weekendem, a ja jeszcze nie przestałem się zawstydzać popuszczaniem pasa w poprzednim.. W piątek lunch z pracą w pobliskim pubie (cheeseburger i frytki), a po podróży pociągiem do centrum i krótkiej przezornej wizycie w McDonaldzie (podwójny cheeseburger) kroki swe kierowałem w górę New Street. Nabyłem z przeceny notesik w kratkę (do nauki pisania japońskiego) w sklepie Muji i jakoś tak doszedłem pod Tesco w oczekiwaniu na Tinę. Po zakończeniu obsługi bankomatu, w czasie wykonywania ruchu obrotowego głowy związanego z czynnością obracania się, w polu widzenia przemieszczającego się w prawo wzroku pojawiła się twarz fryzjera Nicolasa, który – oczywiście! – pracuje na przylegającej do Tesco Temple Street! Wszedł do środka, więc ja (stary gejucha) podjąłem błyskawiczną decyzję poczekania na Tinę akurat przy wejściu do Tesco.
Powiadomiłem ją o tym fakcie esemesowo, oraz o zaistniałej sytuacji fryzjerskiej. Przyjąłem pozę niedbałą, twarz oblekłem w minę nonszalancką, w oczach zaświeciłem iskierki rozbawienia… i czekam… „Idzie!” – piszę Tinie. Stoję wygięty w jeden wielki znak oczekiwania, a on… Przeszedł z torbą czipsów, wzrokiem nieobecnym jeżdżąc po fasadach kamienic!
„Z nami koniec” piszę Tinie, koledze gejowi i stiwowi. „On i ja to historia!”
Choć oczywiście mogłem przecież zawołać po heterycku jakoś „Oi!” albo „Alrite mate!”, a nie tak sobie stać i wyczekiwać! Przez chwilę waham się, czy aby nie poczuć z tego powodu jakiś dalece idących w poczucie wartości rozterek, ale w końcu z tym całym Nicolasem to miała być zabawa, a nie związki małżeńskie i harmonijne pogrywanie serc.
Idzie Tina w dół ulicy, a ja ruszam w jej stronę, po czym omijam ją łukiem z miną głupkowatą w impromptu prezentacji właśnie zaistniałej sytuacji, wzrokiem nieobecnym jeżdżąc po fasadach kamienic, ale z takim okrutnym zacięciem parodyjnym!
Z Tiną zabawiliśmy w mieście do północy, pijąc wino i drinki z wódką. Ponieważ zakąsiliśmy w międzyczasie w McDonaldzie (podwójny cheeseburger), alkohol wlewał się łagodnie, szemrząc, chichocząc. Piątek wieczór w mieście Birmingham to koszmar komercyjno-towarzyski, ale od porażki uratowała nas więź i poczucie humoru na wspólnych falach. Zajrzeliśmy do Benetts (tanio), potem do Loft (pretensjonalny), potem do Village (zgrzebny), a na koniec do Nightingale, który to remontuje się pod nowym kierownictwem i oddał wizytującym tylko jedno piętro i DJa puszczającego podstarzałe przeboje. Nie było się do kogo odezwać, sama młodzież, więc poszliśmy po coś do jedzenia (cheeseburger plus frytki) i tyle.
Tina bardzo uroczo skomentowała, że moja nowa pewność siebie i seksapil, który przecież nijak się ma do wizualnej prawdy, być może wziął się z metaforycznej przemiany, która dokonała się po pozbyciu się okularów. Oto powstał Superman, a pokraczny Clark Kent poszedł w niepamięć…!
W sobotę zaś miały miejsce jak to co roku po Świętach urodziny pewnej koleżanki. Pachnący i odstrojony, z twarzą ogorzałą od ultrafioletu (do tego doszło!) dołączyliśmy do wesołego grona w restauracji w Mailboksie. A potem do baru Bar Room Bar (nazywanego uroczo przeze mnie Rhubarb bar) na dwa koktajle Mojito (i bardziej roztropnie i o ile mniej kalorycznie wódkę z wodą sodową i syropem cytrynowym). Miałem zwyczajowo wykonać mój popisowy numer znikania po cichu bez pożegnania, ale zeszło mi trochę za dużo czasu z opowiadaniem o tym, czujność osłabła i potem w ostatniej chwili i w naglącym procesie decyzyjnym postanowiłem przy samym ciągu taksówek, że udaję się wraz z towarzystwem do niechlubnego baru do rana Bushwackers. (Bar to niechlubny, bo otwarty do rana ściąga mieszane towarzystwo z całego miasta. W toaletach pisuary świecą pustkami, bo wszyscy panowie beczelnie niby to stoją po kupę do kabin, tylko dziwacznie ich po wyjściu swędzą nosy i podają sobie cześć cześć).
O dziwo bawiłem się nieźle z siostrami pana G., wlewając w siebie drinki w takim łał bindżu, podrygując i trochę z ukosa spoglądając na pana Gbura, który z kimś tam się prowadzał, tradycyjnie samemu mnie sobie zostawiwszy.
Ale potem Clark Kent zaczął się interesować za bardzo panem Gburem i wprowadził się w nastrój zgryźliwy, więc z kilkugodzinnym opóźnieniem rozpłynął się jak mgła bez ostrzeżenia i wrócił taxi do domu, gdzie wchlipał w siebie zupkę z mikrofalówki.
Co nie uchroniło przed potwornym kacem nazajutrz, takim z wachlarzem mdłości i bólów głowy. Ale to już zupełnie inna historia.
Liczę tylko, że wybaczą mi Państwo ten karnawałowy bindż i połączą w życzeniu mi jak najszybszego wzbogacenia się fitnesowego.
Trudno uwierzyć, że okres świątecznego popuszczania pasa zakończył się właśnie. Nie odniosłem większych obrażeń na koncie bankowym, wątroba przetrwała, a tym, że brzuch rośnie, to się na konto przyszlych odchudzań bardzo nie przejmuję. Przyjemnie było tak sobie nic robić, rozpuszczać siebie konsumpcją ogólnie rozumianą, rozmazywać ten pozorny wszakże blichtr sylwestrowy na słodkie wolne od pracy dni.
Tyle się wydarzyło od ostatniego wpisu, że musimy przełknąć gorycz faktu, że nie dam rady wspomnieć wszystkiego. Sam niewiele pamiętam, jako że moja pamięć jest wybiórcza i struktury mózgowe rejestrują tylko to, co mnie bezpośrednio interesuje. Z tego też powodu zajeżdżał będę nie chronologicznie, a tematycznie.
W pracy jak to w pracy. Zadrażnienia rosną, sympatie rodzą się i mrą. W ostatnim odcinku nieustającej sagi o podwożeniu do pracy Włoska koleżanka w miarę często pyta bohatera, czy chce zostać podwiezionym do domu, niemniej z racji jej częstego robienia nadgodzin, a bohatera niezbyt, rozmijają się, ale bohaterowi to nie szkodzi, bo liczą się intencje. Węgierska koleżanka troszkę za bardzo jest wścibska i troszkę za bardzo po przyjściu do biurka (złączone z moim) rzuca przedmioty swe POZA linię dzielącą najeżdżając moją strefę przygraniczną! Kolega gej czasem nie bardzo chwyta całość tiramisu mojego poczucia humoru i czasami oskarża mnie o zbytnie przejmowanie się oraz nieprzyjmowanie do wiadomości, że „i tak wszyscy wiedzą”. Koleżanka rosyjska w swojej obsesji nienawiści na punkcie izraelskiej koleżanki zaczyna stawać się nieco karykaturalna. Koleżanka izraelska dalej się wymądrza, ale serce ma przecie gołębie i uczynne.
Coś tak jakby chyba się nie bardzo wykazuję w pracy. Niby tu coś tam zrobię w ostatniej chwili i zabłysnę zębami, niby coś tam pociągnę i gdzieś się przejdę po coś, ale wyrobnikiem roku nie jestem, bo mi głowa za bardzo buja w obłokach, coś mnie rozprasza i cierpię na schorzenie „A teraz to nie ma co zaczynać; zacznę jutro rano”. Rekinem finansjery nikomu być nie obiecywałem.
Pan Siedzący Po Prawej (za przejściem) dalej kusi, choć jego twarz łka o krztynę kremu nawilżającego. Żeśmy się jak to stare gejuchy z kolegą gejem nieco ekscytowali, że przy okazji Christmas Party przypuścimy na niego atak. Krętu owętu zagadałem do niego i jego słodkiej niuńki dziewczyny, sypiąc dowcip i wdzięki, w czasie której to rozmowy zwrócił sie on do niej: „Mówiłem ci o tych trendy chłopakach z pracy?”, przez co poczułem się dowartościowany i zauważony. Nie trwało to zbyt długo, bo porwała mnie znajoma pana Gbura, która pracuje w innym oddziale mojej firmy, a której to obecność na imprezie przydała mi przyjemnego wrażenia, że mój prywatny świat towarzyski przenika się z tym mniej docenianym towarzysko światem znajomości zawodowych, i tak się prowadzaliśmy razem czasami, a to strzeliliśmy sobie sesję zdjęciową w obecnej na imprezie budce fotograficznej i wyszło przepięknie; a to wymyśliła quest na „kto sobie zrobi zdjęcie z najbrzydszą suknią na balu”.
W czwartek miniony zaś podążyłem niechcący za Panem po Prawej na stołówkę, gdzie grał sobie w piłkę nożną na telefonie i dalej to ho ho ho zagadywać, a on mi, a bo się nudzi, bo chce do domu, bo sam w sekcji. Po powrocie na stanowisko pracy uznałem za stosowne i nie niewskazane odezwać się (po raz pierwszy) na zakładowym czacie do Pana, tak w stylu „no tak chłopie, tyź się nudzę, no to ci coś tam z nudów mruknę tylko dlatego, żem się na ciebie wcześniej nadział i mam taką uwagę w temacie”. W pewnym momencie rozmowy ukazującej typową heteroseksualną przeciętność Pana po Prawej, postanowiłem nieco udramatyzować rozmowę – zgodnie z moją zasadą, że heteroseksualnym należy się trochę dokuczania i trzeba ich czasem postraszyć dla odświeżenia stereotypu.. „Mam też nadzieję” piszę mu „że i ten nasz Q czat nie jest monitorowany, ze względu na to, co zaraz wyznam”.
Niby to niemożliwe dostrzec, ale poczułem że zbladł. „Go on” odpisał.
„Chyba jutro zadzwonię, że jestem chory…!”
Świąteczne prezenty najlepsze umówiliśmy się z panem Gburem, że daliśmy sobie nawzajem po zakupach w Manchesterze. A konkretnie w show-roomie pana od mody – partnera przyjaciółki prawniczki, tych od wielkiego domu w Cheshire. Wizyta przypadła na 16 grudnia, z okazji jego urodzin. Wychuchani i wylizani wręcz udaliśmy się na przyjęcie do Panacea, klubu w Cheshire, gdzie szoruje się ramionami (idiom angielski) z piłkarzami z Manchesteru, modelkami i innymi celebrytami z pobliskich oper mydlanych. Nie powiem, jedzenie było eleganckie i bez zarzutów, wino się lało, za co przypłaciłem składaniem się na największy w życiu rachunek zbiorowy. Był to jednak wydatek usprawiedliwiony, szczególnie że następnego dnia pomiędzy rzędami wieszaków markowych ubrań PRZYSZŁEJ kolekcji wiosennej, którą przyjaciel wyprzedawał był, aby zrobić miejsce na zimową, wydałem 120 funtów na rozliczne elementy garderoby, warte być może 1200, kurteczki, sweterki i dżinsy w przepięknym odcieniu błękitnym. (Patrz zdjęcia z Sylwestra).
Najśmieszniejsze jest to, że mnie tak naprawdę nie stać na ten life-style, ale czemu się nim nie cieszyć? Jest to w końcu bardzo przyjemne i należy przyklaskiwać tendencjom poszerzania wiedzy, obojętnie w jakim zakresie.
Bawi mnie i cieszy moja neo-próżność.
Okres przedświąteczny, żeby było śmieszniej, był o wiele huczniejszy niż Święta, być może z tego entuzjazmu, że nadchodziły. To, że zrywałem się do pracy nie było okolicznością łagodzącą hałas, a to, że mam pretensje wzbudzało pretensje. Marzyłem o małym cichym pokoiku, przytulnym łożku, w które wchodzi się jak w codzienny rytuał rozpieszczania siebie.
Przypłaciłem te ekscesy przeziębieniem, które po pomieszkiwaniu w różnych kwaterach organizmów kolegów i koleżanek, wprowadziło się do mojego i z miejsca zabrało się za wzbudzanie produkcji wydzielin nosowych. Lało się…! Zmuszony aż byłem wziąć urlop zdrowotny w piątek przed Sylwestrem, szanując potrzębę odetchnięcia przed imprezą sylwestrową.
Taki zakatarzony zaplanowałem wizytę u fryzjera w moim ulubionym Jacks of London. Dzień wcześniej dzwonię do lokalu i odbiera fryzjer Polak (wysoki, żonaty, Muzułmanin, z dzieckiem, dość oszczędny w emocjach).
- No tak więc dzwonię, się dowiedzieć czy i kiedy pracują Ant lub Nicolas.
Oczywiście pragnąłbym bardziej oddać się w nożyce Nicolasa (wysoki, umięśniony, tatuaże, twarz surowa, pragnienie dyktowane pożądaniem) niż Anta (średni wzrost, okazyjny brzuszek, grzywka na bok, pragnienie dyktowane lojalnością).
- Ach no nie wiem, kiedy te gejuchy pracują, zaraz sprawdzę! – Wyrwało się (?) koledze…
Ant miał wolne, więc nie było wyboru jak iść do Nicolasa (imię nieprawdziwe) . Dla śmiechu umówiliśmy się z Tiną, że dam znać,jak dotrę, żeby obejrzała mnie na kamerce internetowej lokalu do szacowania kolejki pod kątem ewentualnej wizyty. Nicolas niezbyt zrozumiał dowcip, ale wyjaśniłem mu, że chodzi tu o specjalną więź na poziomie poczucia humoru. Dla powiększenia efektu mięśnie twarzy miałem zrelaksowane, a wyraz pogodny, żeby zczanelować na zewnątrz spokój i ciepło, o jakie się mnie oskarża, a które z braku innych rzucających się w oczy zalet, zdecydowałem się podkreślać.
Nicolas umył mi głowę na wibrującym krześle, choć wyraził wątpliwość, czy aby coś to da w związku z kształtem krzesła i był bardzo uważny, pieszczący, używający najlepszych produktów. Wzruszenie mnie ogarnia na myśl o troskę, z jaką mężczyzna ten surowy traktował moją osobę..! Zwłaszcza, że on taki samotny, 36-letni, a żadne z moich podpuszczających pytań nie wykazało obecności żony, dziewczyny, partnera, dzieci…
Na zakończeniu po wysprejowaniu „tym droższym” sprejem, Nicolas podzielił się uwagą z polskim fryzjerem, że wyglądam beautiful. „Even more beautiful” – zauważył polski fryzjer.
Zgodnie z moją ponad trzydziestoletnią tradycją uznałem, że ot tak po prostu nabijają się ze mnie I NA PEWNO SIĘ STRASZNIE ZE MNIE ŚMIEJĄ, JAK MNIE NIE MA, ale gdy później opowiadałem przy kieliszku wina siostrze pana Gbura, doszliśmy do wniosku, że… a może jednak nie! W końcu odstawiam się i czeszę, a przy szczególnych okazjach udaje mi się załgać, żem kosmopolitan bez kocmołucha w życiorysie. W końcu jestem dość sympatyczny i bywam dowcipny. Dlaczego by więc nie?!
Obserwacja ta to wbrew pozorom bardzo ważny punkt przełomowy.
(Nie mówię, że by się chciał od razu żenić, tylko że może pomyślał sobie, że przystojny!)
Niestety przeziębienie, które się tak przewlekało, bardzo negatywnie wpłynęło na organizację spożycia alkoholu w Sylwestra. Celowo zacząłem spożywać późno w naszym przygotowanym na wstępne przyjęcie domu i wspomogłem się witaminowym napojem energetyzującym z żeńszeniem; zadbałem o posiłek główny i regularne przyjmowanie zakąsek. Na nic się to nie zdało, bo koło godziny pierwszej, w klubie The Vaults, wytrzęsiony od nadmiaru rozrywek zasiadłem w kącie krypty raczej „zmęczony”.
Siedziałem zadumany z zamkniętymi oczami, gdy nagle przyplątał się pan Gbur.
- Idź do domu! – Mówi. – ROBISZ MI OBCIACH!
Wesoły kolega J. był się zapytać, czy mam się dobrze. Piękna koleżanka Ch. czy mi czego nie trzeba i przyniosła kolę na obudzenie, a mój partner od lat 4 zatroszczył się jedynie o swój imydż.
Zerwałem się i poszedłem, ale wróciłem. Wysyczałem mu w ucho: „NIENAWIDZE CIĘ. WIESZ KIM DLA MNIE JESTEŚ?! NIKIM!! JESTEŚ PIEPRZONYM ROBAKIEM!”.
Siostra pana Gbura przewidując sceny publiczne, przekonała mnie do wyjścia. Poszedłem z miejsca do domu, na szczęście z koleżanką, która nocowała u nas. Może nie taki nawalony, co wymęczony, znudzony.
Nie chodzi tu o to co kto komu, tylko skąd znalazło się we mnie tyle nienawiści?!
Potem było mi go pół nocy żal, że mu tak powiedziałem i wysłałem mu smsa „Love you”, na co on odpisał iksem-pocałunkiem. Takie to uczucie spod znaku miłości- nienawiści, o coraz to silniejszych ekstremach. I nie ma na nie rady!
Sprawiedliwości stało się zadość, bo się dobijali do drzwi 45 minut, a ja smacznie spałem z zatyczkami w uszach. Była też głośna ciemnoskóra koleżanka pana Gbura, która waliła i kopała w drzwi tak, że przyszli sąsiedzi.
Było mi trochę żal, że tak szybko skończyła się dla mnie impreza, ale uznałem, że byłoby tylko gorzej, kac byłby większy i myślotok cięższy. A poza tym: jak sobie kto postanowi, że nie lubi Sylwestra, to zrobi wszystko, żeby go sobie popsuć.
Do galerii zdjęć zapraszam na fejsbuka. Proszę zwrócić uwagę na staranny ubiór i bezbłędne uczesanie. Oraz moment, w którym się opijam za bardzo – to ten, w którym mimo, że ciągle prosto się trzymający, nie szczerzę zębów, tylko wyginam usta
Sms do Tiny:
I don’t think I introduced you to my boyfriend? He’s proposing this New Year’s Eve and I’m saying Yes.

SMS od Tiny:
Mmmm! Very nice! Big strong arms! Has he got a brother……? x
Email do Tiny (dzisiaj):
I am glad you approve of my fianceeee
Email od Tiny:
Phwoar!!!! Where did you find them?
Email do Tiny:
Well… I went to Tesco the other day… Sorry, I mean to Waitrose, and my shopping bag was a bit dodgy. So when I was walking down the high street, the strong breeze hit me and I kind of swerved, and few items fell out on the floor (caviar, pesto, etc). I kneeled down then to pick them up and I saw with the corner of my eye that someone is trying to help me.
It was him and he looked so dashing. I was a bit embarassed at first, also because while he was picking items, somehow his hand brushed mine on several occassions. I thought everyone around could hear my heart beating. When we finished he said “I hope you don’t mind me offering you a cup of coffee ,since I can see you are clearly shaken by the whole incident”. And I looked at him bit puzzled, still disturbed by this unexpected encounter and replied: “Dear friend, I do not normally socialize with strangers, but in this case I am afraid you are right and I would appreciate a cup of nice coffee. You are a true gentleman and this reassures me most”. And he smiled at me and said: “There is indeed nothing scandalous in this affair, I am purely trying to assist you, seeing your distress. As a principle and by nature I am not kind of person who talks to strangers, even if they are exceptionally handsome”. He looked at me in a very special way and I must admit I blushed a bit.
Luckily there was a coffee place nearby so we proceed towards it. He ordered two regular coffees. I was too shy to ask for a sweetener in case him, a man of such pleasant posture suggesting intensive fitness history, would judge my choice of artificial indegrients. We sat down and his eyes were fixed on me to my constant amazement. He took a sip and said “I do hope you will not mind me telling you this, but the more I look at you, the more pleasant and calming I find your company”. I hesitated for a moment and replied shyly “Hearing such a wonderful thing from a man like yourself is filling me with gratitude and, yes, I must admit it, a sense of pride. I find your company not only pleasant to eye, but I also find myself unusually attracted to you and this attraction confuses me, overwhelms me”. His reaction was instant, his face took sober expression and he said quietly: “Please, this cannot be true as this is how I feel too. Please do not be taken aback by my unusually muscular body, this is purely my profession requirement, I reckon I could easily risk the statement that I am a gentle person, good citizen and my interests are of wide range”. On hearing this I couldn’t have helped making a reassuring gesture – squeezing his hand. It lasted only a second but the warmth of his body made me feel almost religious.
“My dear, dear friend” I replied “Having such an amazing body could never be frown upon, I can only be humbled by the hard work and dedication you put into achieving this body shape.. I can see quite clearly at this stage that I could be the greatest admirer of your body and I would feel extremelly priviledged to find myself in a certain proximity to it, proximity of any kind. I am weeping inside at the thought of being held in your strong arms, for example. Please do not think I am a weak person seeking for comfort and idle pleasures. Because I do enjoy our conversation regardless of the sexual tension between us and I am looking forward to hours of inspirational conversation with you” He smiled, as if reassured and replied: “I must confess. When I first saw you, I said to myself >>What a splendid green eyes and soulful face this man has, what gracious moves, what great style! << And I approached you purely drawn by admiration of your physique. Please forgive me because now I am ashamed. Now I do see the great potential you have and what a special pair of friends we could become”. Suddenly he stopped and solemnly stood up. I followed, puzzled. He walked to me and took me in his arms. We sobbed. “Let’s fuck” He whispered to my ear. “OK” I replied shyly.
So yeah, this is how we met.
Poranna lektura wczorajszej wstrząsającej notki dodanej pod wpływem alkoholu wprawia mnie w zadumę nad zasadnością posiadania bloga z możliwością dodawania mobilnie.
Grudzień płynie mi powoli, przeważnie po ciemku. Z jednej kępki konsumpcjonizmu na drugą, a za mną powiewa sznur wydatków. Co jakiś czas wpadam też w chmurę wina i mąci mi głowę kac.
Wieczorami za bardzo nic, a w weekendy wozimy się z panem Grubem tu i tam, tak schodzi na niczym, odlicza się tylko do Świąt, chociaż w tym roku nie stać mnie na większe wolne i jeździł sobie będę pociągami po ciemku, wymykał się z naimprezowanego domu.
Któregoś dnia wróciliśmy tacy zawiani i dalejże opróżniać butelkę wina, która to czynność jest taka z mojego punktu widzenia dekadencka, łapczywa i smutna na zapas. Zwłaszcza, że gibając się na boki do elektro, zachciało mi się przepytywać pana Gbura na temat jego stanowiska w sprawie naszego niezbyt satysfakcjonującego pożycia.
Mimo że łyk za łykiem, to nie o to mi chodzi, żeby do czegoś doszło, tylko żeby zderzył się z własną bezczelnością. Pozwalam sobie tu na surowe podejście, bo jeśli istnieje jakaś smutna z jego strony przyczyna, to przecież jego wybór, że nie mówi.
Na początku się spienił, że mu oto psuję czynność czilautującą, rzucał te swoje wściekle irytujące generalizacje „no tak, opił się i znów na jedno i to samo gada” , ale parłem do przodu, niesiony pod pachy przez bacchusowski pochód: No weź się zdecyduj, przecież 35 lat za rogiem, lada moment nikt mnie już nie zechce! (Perorowałem). A najciekawsze jest to, że ja już naprawdę nie mam ochoty z nim na intymność, byłoby to… niewłaściwe, jak… seks z dokuczającym kolegą ze starszej klasy.
I nie o zainteresowanie go mi chodzi, nie o zerwanie, nie o litość, ale żeby się właśnie wziął i zderzył.
Pogadaliśmy sobie (ja), nic się nie zmieniło, ale ja już taki zasmucony i taki pijaniutki zacząłem puszczać sobie w kółko kawałki zespołu, którym się interesuję: „Ja leżę, a ty śpisz, tracę wdzięk”, „A co jeśli to ja, jeśli to mnie wyglądałeś, „gdzie, gdzie on jest, gdzie on jest, gdzie on jest, no gdzie?”.
No ale kocham go przecie..! Śmieszne miny i gesty, elektroniczne dowody przywiązania, przysługi i bonusy. Nawet nie wiecie, jak bardzo jestem do przodu, jaki troskliwy, jak starannie go chwalę, zawsze politycznie poprawny, o samopoczucie dbający, empatycznie przebijający się, w sobie uchybień szukający!
Może to tak jest, że kocham to co mam, bo nie wiem, że może być inaczej, ale pocieszmy się, że nauka nie powinna z reguły pójść w las.Mam kilka spraw do nadgonienia, jeśli chodzi o dorosłe życie, jak dogonię, będę się zastanawiał. A na razie… Lejcie mi wina! Grajcie elektro!
Mój najnowszy patent na podróże samolotem to sprytne i prędkie opadanie na siedzenie w pierwszym rzędzie, co dodatkowo powiększa obszar dostępny nogom. Posunięcie to planowałem już stojąc w kolejce do gejta na lotnisku East Midlands. Do dyspozycji w kabinie miałem więc dwa okienka i po godzinnej drzemce podziwiałem panoramę spowitych w obłokach gór – czy to Beskid, czy Tatry, czy Gorce?
Zawsze jakoś tak wychodzę z walizki jako jeden z pierwszych. Rozsuwają się drzwi i wchodzę ludziom prosto w twarze, idę z wyjątkowo starannie dobranym image i z równie starannie nonszalanckim suwem walizki. Panuję nad mięśniami twarzy, gdy widzę rodziców, poważnie wykręcam i dopiero zwolniony z bacznych spojrzeń zaczynam oddychać i oddaję się przywitaniom.
Po przyjeździe do Polski poczułem się jak wampir. Nie dlatego, że jestem na przykład taki inny, dramatyczny, piękny, dźwigający wiedzę co poza. Poczułem się jak wampir, który powraca po dziesiątkach lat, zdumiony, że to miejsce jeszcze istnieje i posuwa się do przodu. To podobne uczucie do tego, gdy idzie się na ostatniego Harry Pottera, a wie się i się naczyta, że skończyli już kręcić.
Tak więc pierwsze dwa dni po cichu zmagam się z przemijaniem. Dziwię, że tu już wszystkie liście opadły, że wyrosło tyle domów, ulic, obwodnic i estakad. Sprzedaję rodzicom nową wersję siebie z mniejszym lub większym sukcesem. Jak stary kawaler spoglądam krytycznie na odruchy innych.
A potem nagle przestaję łamać polszczyznę i przechodzę naturalnie w lokalny dialekt. Odnajduję siebie w swoim pokoju, nabieram pogody w usta.
W drodze powrotnej również zająłem miejsce w pierwszym rzędzie przy drzwiach. Z drugiego rzutu autobusu przyszedł przeciętnej urody chłopak, który uwalił się całym swoim wzrostem na siedzenie obok. Stopniowo zaczął wydawać mi się interesujący. Wydawał się taki śmiały i przyjazny dla wszystkich, na kolanach trzymał słownik polsko-angielski i jakis wytarty skoroszyt, więc uznałem, że humanista jakiś, albo artysta. Z buzią w ciup niekoniecznie wdałem się w rozmowę, aczkolwiek gdy przechylał się coraz bardziej w moją stronę zasypiając, poczułem pewną potrzebę wsparcia się niejako ramieniem o jego wielkie ciało. Przeglądał metroseksualną gazetę, a on przybliżał się i przybliżał, w pewnym momencie twarz jego przebywała w odległości kilkunastu być może centymetrów. Poczułem, jak wzbiera, szumi we mnie potencjał uczuć miłosnych.
Obudził się i zniknął gdzieś, ale powrócił, pełen dobrych manier i chęci do pogawędki. Jego twarz z profilem o oszczędnej urodzie, en face nabierała pewnej takiej urody – mimo cieni pod oczami, szpakowatości i lekkiej warstewki otłuszczenia.
Ale nie chce mi się glamouryzować tej rozmowy, gdyż temperatura jej stopniowo spadała i rozstaliśmy się bez zapewnień o dozgodnnej przyjaźni. Był regularnym podróżnikiem ze strony coachsurfing.org, a więc wzajemnego darmowego się po świecie goszczenia. Pomysł zarejestrowania się tam jest intrygujący.
Jak Państwo widzicie, skorzystałem z opcji przeprowadzki bloga. Działa teraz na wordpressie. Skusiłem się, żeby móc dodawać notki mobilnie.
Nie podoba mi sie, że tak jasno, próbowałem zmienić na czarno, ale szło topornie, więc na razie tak zostanie.
Dzisiaj mam dla Was prawdziwą niespodziankę. Kolekcję chłopców z grajndera, których podziwiam za szczerość, odwagę i idealistyczną wiarę, że można kogoś wyrwać bez upiększania faktów. Polecam szczególnie lekturę rozbrajających opisów profilów.
Mam nowe oczy. W szaleństwie spontanicznych decyzji i impulsywnych zakupów zaciągnąłem dwu letni kredyt na laserową korektę wzroku. Konsultacja w piątek, zabieg w poniedziałek. Oszczędzę wam horrorów samego zabiegu… Albo nie:
Nogi że się prawie ugięły pode mną, gdy wszedłem do Sali laserowej. Na szczęście zabieg odbywa się w pozycji leżącej. To znaczy pacjent leży. Na leżance, którą w zależności od etapu przesuwa się ruchem łukowym w lewo pod jedną maszynę, bądź w prawo. Pan doktor pochodzenia azjatyckiego o sprytnie zmienionym nazwisku na angielskie należał do kategorii osób, które krzywią się z niezrozumieniem na pierwszy dźwięk obcego akcentu – przy czym sam dziamćkał niezbyt zrozumiale, co w okolicznościach oczu własnych poddawanych właśnie straszliwym zabiegom, dodaje do i tak soldnej porcji histerii. Prawie że się chce wstać i ucieć, a tu ci nakładają coś na oko i bach pod maszynę. Maszyna wciska gałkę oczną to środka, która przecież to gałka już jest czymś tam ściśnięta. Wzdrygam się, a on krzyczy „Nie ruszaj się!!!”. Widzę zielone, a w środku gwiazdki. Jezu ale ciśnie, może się pomylili i mi psują oko??!!
Oko znieczulone niby, a ten mi dźga jakimś dźgańskiem, na co ja mu: „AŁA!! I KEN FIIL IT!!”, na co on mi: „But not painful, eh?” ze zniecierpiliwieniem co najmniej nie licującym z ceną takiego zabiegu, za taką cenę spodziewałbym się symultanicznego zabiegu pedicure, a nie gburiańskich wybuchów… Chlastu chlastu znieczuleniem, a za chwilę zszokowany widzę w odbiciu, że mi suwa jakąś szpatułką po oku, a ja się spodziewałem jakichś science-fiction latających molekuł potrzymujących oderżniętą właśnie klapkę oka…
Pod drugą maszynę i „Patrz się na światełko”. „Aaaa, które światełko??!!” dopytuję się w myślach, bo mi to światełko jakoś się rozbryzguje na semi-światełka, rozciąga w trójwymiar, a boję się gonić wzrokiem, bo mi laser jeszcze wytnie coś na policzku brzydkiego!
Potem powtórka i w myślach już żegnam się z okiem, bo to zupełnie inaczej widać teraz, tak na fioletowo kłębiasto, psztyk-psztyryk wybuchają fajerwerki, laser rzeźbi góry doliny kaniony, a może to tylko wyobraźnia po czasie dodaje ten psztyk-psztyryk. Leżę wgnieciony w leżankę, już zrezygnowany, spokojny, oddycham, oglądam spektakl gwiezdny i nagle koniec…
Panu chirurgowi po zabiegu zwierzam się radośnie „Widzę!”, bo mimo że wszystko jak za mleczną szybką, to konktury gdzieś tam wyraźne się rysują. A pan chichurg ma tak głęboko w dupie, że i laserem nie dotrzesz, dopiero pani pielęgniarka wykazuje więcej zrozumienia, że o to świat się prawie wysunął z pola widzenia, i mięśnie zwiotczały, i zaraz zacznie boleć.
Wiodą mnie do taksówki, łzy mi się ronią, leją spod okularów słonecznych, jak gwiazda filmowa boleję na tylnim siedzeniu samochodu z ciężkawymi od znieczulenia powiekami.. Nie na tyle jednak, żeby nie zirytować się drogą, którą obrał pan taksówkarz. „Tutaj pan może w lewo, wie pan” mówię mu z przekąsem, a on niby to wie i pod dom wiedzie.
A w domu na szafeczkę przy łożku rozkładam cały dobrobyt kropelek do oczu, paracetamoli, szklankę wody. Zakładam gogle i wciskam zatyczki do uszu (nie wchodzą w skład zestawu). Powieki dalej znieczulone, ale to nie tak, że chcesz patrzeć, a tu ci lecą, nie, chce się tak leżeć z zamkniętymi oczami, opatulać, trochę użalać i drzemać.
Gdy w końcu wstaję z łóżka, idę oglądać oczy. Wykwity czerwone, a zwłaszcza prawe oko wygląda jak truskawkowo-śmietankowe cukierki Alpen, z przepięknym wzorem. O nie!!!! A może to ja sam niechcący podciągnąłem powiekę górną, a nie wolno było i się krwią zalałem!!! A może to ten wzdryg pod maszyną tak mi potargał! Zaczynam paranoiczną rekonwalescencję.
A bo w nocy mi się zsunęły jakoś gogle, patrzę, a ja przez sen drapię się po powiece! O nie!! I nagle rodzi się we mnie nowe uczucie, przedziwna miłość do tych dwóch poranionych stworzonek, bidulek, truskawkowych żyjątek, chcę je tulić i całować, moje wy…!
I widzę, że widzę. W nocy wokół lamp i świateł samochodów ciągle unosi się halo, ale wzrok niczego sobie, dziękuję. Ciągle nie dowierzam, ale też jakoś dziwnie mi to obojętne. Na tej samej zasadzie co czasem powracająca myśl: „O jej, żyję i mówię po angielsku!”.
Jak kosmolot w podróży ku ideałowi odrzucam okulary w kąt jak moduł startowy w przestrzeń, przyglądam się sobie w lustrze, gładzę po trójkątnej znów twarzy, faluję czubem, obmacuję wychudzone cyce, boczki i fałdy, z których pożółkły tłuszcz wyprowadza się masowo, rozbity, pokornymi ciurkami z walizkami toksyn w dłoniach. Teraz nie mam wyjścia, wreszcię będę piękny, kolejny krok do zostania półbogiem fintessu.
A nie jakimś tam chłopkiem z zasmużonymi, zaparowanymi, przekrzywionymi okularskami.
W okolicznościach nowego domu wyrosła mi w postrzeganiu związku nowa egzotyczna tendencja. Otóż gdzieś mi wyparowało poczucie krzywdy, którym się chlastałem od 4 lat razem. Krzywdy za zegarek, całowanie, brak pożycia, szorstkie słowa, niedobory, za „kiedyś byłeś taki fajny beztroski, a teraz sama frustracja”. (Myślę, że to tym poczuciem krzywdy tak chlastam po oczach co mniej odpornych, tych, co to nie ścierpią, gdyby komuś się coś za darmo – a wielu takich przeszło przez żywot mój.)
Pan Gbur krzywić się musiał na ten kwaśny zapach poczucia krzywdy, który porami skóry wręcz wydzielam. A tu mi jakby przeszło. Jakbym się oddzielał mejotycznie. Już mi się tak nie żal. Już mi obojętne i raczej zniechęca, że ma humory jakby naczytał się na blogu o sobie i to jego mi teraz żal. Ciągle goni za blichtrem, a ja to tylko taki podrzędnej kategorii ktoś, z kim zmuszony jest koegzystować. Chińska podróba super faceta złota rączka złoty zegarek.
Dalej produkuję taki niby entuzjazm, gdy zbliża się czas wyjścia z pracy, a cóż robi tam w oddali ten mój ukochany? Dalej pędzę i wplatamy się w plany. Staram się troszczyć, wspierać i myśleć na wyżynach, że on po prostu nie może, może mu nie wychodzi.
Ale gdy stoję z nimi z kieliszkiem wina w naszej przepięknej kuchni, to tak trochę pokątnie się nudzę, nie mogę i nie chce mi się nadążyć w swoje mówione kwestie scenariusza, wywleka mi się chuchem z płuc wzdech za wzdechem na te jego sposoby prowadzenia dyskursu i tylko myślę, no opijże się ciało szybciej, wyluzuj, pośmieje się wtedy jeden z drugim! Bo inaczej to tylko labirynty algorymtów, tędy się nie da, tamtędy się nie da, tak to nie działa, i tak się nie uda.
Ale choć brzmi to znajomo, to uszło przecież poczucie krzywdy. I mam na myśli pozytywny tylko wydźwięk, że coś tam gdzieś tam prze do przodu, kosmolot do ideału.
Przeczytałem właśnie całość http://zjbs.blog.pl co mi się właściwie nie zdarza i jestem roztkliwiony, zachwycony oraz cokolwiek czuję się winny przynależności do drańskiej mniejszości.
Odnajduje echa swych przepranych bez granic szaleńczych uczuć w świetle odrzuceń. I jako pan w średnim wieku cieszę się, że z wiekiem przychodzi wypieranie, to po prostu zmiana tematu w głowie. Podobnie jak umiejętność unikania dupą żużlu. Wahadło rozchwiań romantycznych ustało mi w końcu po 20 latach.
Nie wymądrzam się jednak za dużo, bo niektórzy z nas rodzą się z założenia smutni i smutków szukający, mocniej czujący z przedławionymi genetycznie gardłami. I tym z nas należy się wyrastanie w indywidualnym i przez siebie wybranym czasie.
Powiedziałem to ja, którym zahasłował w pracy komputer zlepkiem "czslonce", na przykuszenie promiennie uśmiechniętego przyszłego pana szatyna, człowieka-słońce, jana-chrzciciela, choć na codzień wyprawiam szalone harce z demonem konsumpcjonizmu i materializmu.
|
|